Kwantowe krajobrazy

04.11.2007, 09:25:43

Niezależny ekspert prawdę ci powie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Ostatnio w mediach rozgorzała nagonka na PiS oraz na Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Myślałem, że gdy pieszczoch mediów już wygrał wybory, to dadzą sobie spokój z tym ciągłym antypisowskim szczekaniem i praniem mózgu widzów, radiosłuchaczy, czytelników wszelakich mediów. Jaki byłem naiwny! Najtrudniej jednak pogodzić się z tym, że tak wielu ludzi tak łatwo psychotechniczne zagrania antypisowskiej propagandy kupuje. Ale po kolei.

Miłe opakowanie

Problem polega na tym, że totalitarny system, który ludziom prał mózgi przemocą, okazał się średnio skuteczny (z pewnymi wyjątkami o dobrej skuteczności jak np. ZSRR, Korea Pn.), bo ludzie odruchowo dystansowali się od narzucanej siłą propagandy. Dzisiaj propaganda jest podawana w miłym opakowaniu i usilnie stara się przyjmować pozę niezależności - o czym za chwilę. Miłe opakowanie to np. Kuba Wojewódzki, który np. ku uciesze gawiedzi swój stosunek do rządu PiS-u demonstruje za pomocą planszy z gołą dupą. Dla tylko nieco bardziej wyrafinowanej publiczności jest opakowanie w formie miłych starszych panów: Grzegorza Miecugowa i Tomasza Sianeckiego, których program "Szkło kontaktowe" nazwany jest Radiem Maryja dla wykształciuchów. W przypadku tego programu mamy do czynienia ze swoistym fenomenem - interakcja z widzami polega na wyświetlaniu sms-ów w większości nader infantylnych oraz rozmowach telefonicznych na antenie, w których w większości widzowie prezentują absurdalnie wysoki poziom nienawiści do PiS-u. Redaktorzy prowadzący traktują to wszystko ciepło i ze zrozumieniem, dodając ochoczo własne trzy grosze, z rzadka okazując fałszywą, czysto deklaratywną bezstronność. To ostatnie częściej i z pewną dozą szczerości zdarza się Tomaszowi Sianeckiemu, któremu widocznie pozostały resztki przyzwoitości. Fenomen polega na tym, że program tak jawnie stronniczy i wypełniony taką ilością żółci skierowanej do przeciwników politycznych jest traktowany przez swoich wyznawców, owych wykształciuchów jako szczytowa forma intelektualnego wyrafinowania i wysokiej klasy.

Formalnie niezależny komentarz

Media celem zapewnienia swoim odbiorcom należytego poziomu wiedzy powołują się często na tzw. niezależnych ekspertów. Taki ekspert to może być np. prawnik, który z dwóch przypadków wykorzystania nieścisłości w kiepskiej Konstytucji III RP reprezentowanych przez PO i PiS "bezstronnie" wykaże, iż PO postąpiła zgodnie z Konstytucją, a PiS - sprzecznie. Dalej mamy poczet ekspertów-politologów, którzy zawsze stwierdzą, że incydent z pijanym Kwaśniewskim nie zaszkodzi zbytnio postkomunistom, ale najmniejsza wpadka polityka PiS, to już totalna kompromitacja, rozpad PiS-u i wymazanie znienawidzonych Kaczorów z historii. W kampanii wyborczej mieliśmy też często do czynienia z tzw. ekspertami od wizerunku politycznego, którzy - oczywiście "bezstronnie", ale za to z mocą naukowego autorytetu - pouczali widzów, który spot czy billboard ma im się podobać, a który - nie. Na moim skromnym blogu nie raz zwracałem uwagę na te paradoksy "bezstronności", niestety nawet mówiąc rzeczy oczywiste i łatwo zauważalne gołym okiem, jest się narażonym na posądzenie o paranoję czy epitet oszołoma - zwłaszcza, jeśli zwróci się uwagę, że cała propaganda jest sterowana przez ośrodek towarzysko biznesowy zwany umownie salonem, w którym przewodnikiem jest Adam Michnik. Ten sam Michnik, który w swoim szmatławcu czyli "Gazecie Wyborczej" napisał tuż przed wyborami 15.10.07: "Teraz nadszedł moment, by odzyskać Polskę". Nie życzyłem mu tego, ale niestety stało się - odzyskał. Nie chcę być złym prorokiem, ale wiele wskazuje na to, że odzyskał na dobre. Błędy III RP, które od 1989 po 16 tak dobrych dla elit latach (choć dla społeczeństwa znacznie gorszych) doprowadziły do nieznacznego i bardzo chwiejnego - ale jednak - zwycięstwa sił patriotycznych w 2005, zapewne zostaną przeanalizowane, aby ich nie powtórzyć. Szykują się cztery lata salonowych rządów, w trakcie których - co widać już u samego początku - opinia publiczna będzie nadal urabiana z pełną mocą ciężkiej artylerii - TVN, Polsat, stacje radiowe, "Gazeta Wyborcza", "Dziennik", "Polska" a wkrótce zapewne i media publiczne. Utracone po raz pierwszy wpływy systemowe w strukturach państwa - czyli efekt rozwiązania WSI i utworzenia CBA - mogą zostać przywrócone i - być może - jeszcze lepiej zabezpieczone. Tego, co tu napisałem, nie widać jednak na pierwszy rzut oka, wymaga to uważnej obserwacji życia publicznego na przestrzeni wielu lat. Wiem to dobrze, bo - wstyd to przyznać - sam przez jakiś czas łapałem się na lep "Gazety Wyborczej" (tym bardziej, że przez długi czas na rynku prasowym nie było alternatywy). Jak wspomniałem wcześniej, stronniczość salonowych ekspertów wspierających się naukowym żargonem była wręcz bezczelna, ale mimo to byli oni zawsze podpisani jako niezależni eksperci czy komentatorzy - są to typowe, wręcz banalne i stosowane nagminnie psychotechniki. Sama znajomość mechanizmów już znacząco zmniejsza ich siłę oddziaływania. Mała to dla mnie satysfakcja, gdy przekonuję się, iż nie myliłem się, gdy teraz pojawiają się gdzieniegdzie informacje, iż ten i ów "niezależny ekspert" zapraszany do różnych mediów faktycznie był człowiekiem pracującym na zlecenie PO. Media ze zrozumiałych przyczyn nie są zainteresowane robieniem z tego afery. Aktualnie tematem nr 1 jest przecież opluwanie Prezydenta, którego trzeba jak najbardziej zneutralizować, aby nie przeszkadzał w odzyskiwaniu wpływów. I tak "niezależny ekspert" prawny prof. Michał Kulesza wykonuje ekspertyzy prawne na zlecenie PO i jest doradcą tej partii. Adam Łaszyn, "niezależny ekspert" od wizerunku medialnego, prezes agencji medialnej - jak się okazuje - współpracuje z PO już od 2005, ma kontrakty z tą partią na szkolenia medialne. Oto jeden z jego komentarzy: "Co do debaty Tusk–Kaczyński nie było żadnych wątpliwości. Kaczyński sromotnie poległ i zobaczyli to wszyscy Polacy. Tusk pokazał największą charyzmę." Szkoda, że nie powiedział wprost, że zachwala jakość własnych usług, gdyż to on przygotowywał Tuska do debaty. Czyżby wstydził się swoich interesów? Raczej chce mieć ciastko (lukratywne kontrakty) i zjeść ciastko (niezależny ekspert). Żerując na mocy medialnego salonu, w którym żadna krytyka nie przebije się szerzej oraz na naiwności i - w gruncie rzeczy - bezbronności odbiorców, którzy nie mają czasu i możliwości analizować dogłębnie wszystkich aspektów, wszystkie te cwaniaczki niemożliwe mogą uczynić możliwym.

30.10.2007, 11:03:21

To se ne vrati

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Zapowiada się na nową jakość w życiu publicznym. Jak za najlepszych lat III RP teraz znowu dziennikarze i politycy będą sobie tylko nawzajem miodek z ust spijali. Cóż w końcu przy władzy za chwilę będą "nasi". Warta uwagi jest zabawna reakcja mediów na wczorajsze wydarzenie. Wojciech Olejniczak, który próbował uratować z pożaru kobietę, w mediach został już obwołany Supermanem, tytuły krzyczą jak to uratował z płomieni staruszkę. Media komicznie prześcigają się w dodawaniu do tej historii wyssanych z palca szczegółów świadczących o bohaterstwie Olejniczaka, walce z płomieniami itp. Nie chcę odmawiać młodemu liderowi LiD zasługi, ale gdzie rzetelność, dążenie do dokładnego poznania i przekazania ludziom faktów i wreszcie pojawia się pytanie, gdzie nagle zniknęła ta złośliwość mediów? Był taki dowcip: Zdarzyło się, że Kaczyński uratował tonące w Wiśle dziecko. Następnego dnia tytuł w "GW" grzmiał na pierwszej stronie: "Co Kaczyński robił w godzinach pracy nad Wisłą?" Gdy sprawa dotyczy polityków PO/PSL/LiD, zadania dziennikarzy są zupełnie inne. Gdyby tylko ten wypadek miał miejsce przed wyborami, to pewnie media miałyby główny temat na cały tydzień. Już widzę te medialne doniesienia: "Prezydent nadal milczy! Dlaczego jeszcze nie odznaczył bohaterskiego Wojtka? Na pewno przez zawiść, że to nie bracia Kaczyńscy uratowali tę staruszkę." LiD od razu poszybowałby w sondażach o kilkanaście punktów.

Nastawiając się na nadchodzące czasy miodnych konferencji prasowych i wywiadów, popatrzmy po raz ostatni na czasy, w których konferencje prasowe były polem bitwy między niezłomnie trwającymi na szańcach demokracji dziennikarzami a rządowymi siłami zła i tyranii. To były czasy, w których tylko najtwardsi mogli przetrwać!

26.10.2007, 18:50:29

Wała Tomaszowi Lisowi

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.

Przepraszam czytelników, którzy nie spodziewaliby się po tym blogu tak nieeleganckich sformułowań jak w tytule niniejszego wpisu, lecz jest to treść pewnego message, który pojawił się już w obiegu publicznym. Okoliczności tej sprawy są warte uwagi.

Tomasz Lis i „Dziennik”

Tomasz Lis to znana osoba publiczna, postać telewizyjna, dziennikarz. Jako dziennikarz i prezenter tv pracował kolejno w TVP, TVN, Polsacie. Lis jest dziennikarzem zaangażowanym politycznie, mówiło się o jego kandydowaniu na urząd prezydenta RP w wyborach 2005, w aktualnej sytuacji politycznej przyłączył się do obozu ostro zwalczającego rząd PiS-u. „Dziennik” to gazeta ukazująca się w Polsce od 18.04.06. Początkowo „Dziennik” wzbudził nadzieję na przełamanie zatęchłego rynku dzienników w Polsce zdominowanego przez Adama Michnika i „Gazetę Wyborczą”. Wymuszenie spadku cen do 1,50 zł oraz wniesienie odrobiny świeżości do informacji i opinii znajdujących się w obiegu publicznym było zasługą tej gazety. Jednak od pewnego czasu linia „Dziennika” mocno zbliża się do GW, a przy tym występuje tendencja spadkowa w sprzedaży tej gazety.

Message

Dziennik, artykuł, skan
22.10.07 (pn) branżowy miesięcznik „Press” podał w swoim serwisie internetowym o możliwej zmianie na stanowisku redaktora naczelnego „Dziennika” – Roberta Krasowskiego miałby zastąpić Tomasz Lis, który niedawno odszedł z Polsatu i szuka pracy. Miał to być element operacji prowadzącej do stworzenia grupy medialnej, w której skład wchodziłby m.in. „Dziennik” i tv Polsat. Axel Springer – niemiecka firma będąca właścicielem „Dziennika” liczyła też, że twarz znanego dziennikarza pozytywnie wpłynie na wizerunek i sprzedaż gazety. Rynek potrzebuje raczej zróżnicowanej oferty więc zmiana, która ostatecznie ujednoliciłaby linię dwóch największych polskich dzienników opiniotwórczych – jak można przypuszczać – nie poprawiłaby sytuacji rynkowej „Dziennika”. Jak podała GW, na 23.10.07 (wt) popołudniu zwołano zebranie dziennikarzy, by ogłosić dymisję dotychczasowego redaktora naczelnego „Dziennika”. W geście solidarności do dymisji postanowili podać się jego zastępcy i niektórzy kierownicy działów. Większość zespołu była przeciwna zmianie. W końcu zebranie odwołano, a wieczorem z centrali Axel Springer nadeszła informacja o ostatecznym zaniechaniu zmian w kierownictwie redakcji. Tymczasem wielu dziennikarzy już szukało nowej pracy. W tej sytuacji w warszawskim wydaniu „Dziennika” 24.10.07 (śr) ukazał się zakodowany message niezbyt elegancki a brzmiący dokładnie: „Wała tOmaszowI lisowi”. Chodzi o wiadomość w dziale „Świat” na s. 15 pt. „Rice krytykuje Moskwę za szantaż gazowy”. Pierwsze litery kolejnych wersów we fragmencie tej wiadomości tworzą wspomniany message. Przypuszczalnie w ten „dowcipny” sposób dziennikarze wyrazili radość z tego, że Tomasz Lis nie będzie redaktorem naczelnym „Dziennika”. Szef działu stwierdził, że taki układ tekstu jest przypadkowy. W takie tłumaczenie jednak nie uwierzy nikt mający pojęcie o matematyce i rachunku prawdopodobieństwa. Ostatecznie 25.10.07 (cz) Tomasz Lis został przeproszony. Zarząd Axel Springer Polska oraz Robert Krasowski wydali komunikat, w którym oświadczyli w nim, że fraza dotycząca Tomasza Lisa ukazała się bez zgody kierownictwa :Dziennika”. Podkreślili również, że zaistniała sytuacja nie odpowiada „standardom przyjętym w wydawnictwie Axel Springer Polska”. W stosunku do osób odpowiedzialnych prawdopodobnie nie będą wyciągane konsekwencje.

Analogie

Sam pomysł zakodowanych wiadomości jest sympatyczny i znany nie od dziś. Wymaga nieco finezji i polotu. Po ujawnieniu takiej wiadomości jednak nie da się obronić teza, iż powstała ona przypadkowo. Istnieje co prawda teoria, że tysiąc małp piszących na maszynie na chybił trafił w odpowiednio długim czasie napisałoby sztukę Szekspira. Tyle tylko, że czas na to potrzebny wielokrotnie przekracza możliwą długość istnienia Wszechświata. Ta sytuacja jest nieco prostsza, ale do przypadkowego wygenerowania nawet tak prostej wiadomości 1,5 roku wydawania „Dziennika” wydaje się czasem zbyt krótkim. Podobny przypadek znany jest z okresu stanu wojennego, czyli miał miejsce w raczej ponurych okolicznościach. W „Dzienniku Bałtyckim” 12.02.82 ukazała się recenzja płyty z gatunku muzyki rozrywkowej (zwanej wówczas młodzieżową), w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „Wrona skona”. Hasło takie żadną miarą nie przeszłoby wówczas normalnie przez wszechwładną cenzurę. Słowo 'wrona' było powszechnie używanym synonimem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON), znienawidzonego przez społeczeństwo organu władzy, który spacyfikował pierwszą „Solidarność”. Wtedy takie dowcipy nie przechodziły łagodnie. Po odkryciu zakodowanego hasła autor recenzji, Stanisław Danielewicz, był represjonowany i spędził prawie rok w areszcie bez wyroku, nie mówiąc o konsekwencjach zawodowych.

„Co z Polską”

Aby ogólny wydźwięk tego wpisu nie był zbyt przykry dla redaktora Tomasza Lisa, na koniec zareklamuję jego nowy program. Mam na myśli eksperyment z tv internetową, czyli program pt. „Co z Polską” nawiązujący tytułem do popularnego programu prowadzonego przez Lisa w Polsacie „Co z tą Polską”. Obecnie ukazuje się on co tydzień w czwartek, a od czasu do czasu są również dodatkowe wydania specjalne. Program jest darmowy i jest dostępne archiwum wcześniejszych odcinków. Lis publikuje swój program we współpracy z „Gazetą Wyborczą”. Formuła programu to wywiady z zaproszonymi politykami bez publiczności. Lis jest stronniczy jak zawsze, natomiast należy mu się uznanie za pójście w słuszną stronę, czyli za inicjatywę bezpłatnego umieszczanie swojego programu w Internecie. Oczywiście nie jest to pierwsza tv internetowa w Polsce. Jest np. WPtv, nie wspominając o Google Video i podobnych serwisach. Taki kierunek jest jednak IMO warty uznania i promowania.

02.10.2007, 16:05:57

Urzędowy optymizm w służbie zdrowia

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

W ub. tygodniu Sejm dwukrotnie debatował o sytuacji finansowej w służbie zdrowia. 8 maja rozpatrzył sprawozdanie Komisji Finansów Publicznych oraz Zdrowia o rządowym projekcie ustawy o spłacie pożyczki udzielonej 3 lata temu kasom chorych z budżetu państwa (1 mld zł). Projekt został ponownie skierowany do komisji sejmowych.

Jest rok 2003. Zgodnie z umową kas chorych z Ministerstwem Finansów, pożyczka udzielona przez MF w roku 2000 miała zostać spłacona przez kasy z oprocentowaniem 0,1% do 31 marca 2005 r. Jednak z powodu trudnej sytuacji finansowej w ochronie zdrowia jej spłata ma zostać odroczona do 31 marca 2007 zł (na koniec 2002 r. do spłaty pozostało 821,5 mln zł). Ta karencja spowodowałoby, że w tym roku NFZ, prawny spadkobierca kas chorych, spłaciłby 100 zamiast 400 mln zł.

Posłowie opozycji krytycznie odnieśli się do projektu ustawy. - Na jakiej podstawie rząd twierdzi, że przedłużając o 2 lata spłatę tych kredytów w obecnej sytuacji finansowej zozów, będzie to możliwe? I czy nie lepiej byłoby po prostu powiedzieć prawdę w oczy i tę pożyczkę, zgodnie z zapowiedziami poprzedniego ministra, umorzyć? - pytał Bolesław Piecha z PiS. Zdaniem Samoobrony, ustawa przedłuży agonię finansową o 2 lata, a przesunięcie problemu w czasie daje rządowi poczucie, że jest twardy, nieugięty i wyegzekwuje zaciągnięte kredyty. Za umorzeniem pożyczki opowiedziała się też LPR, argumentując, iż rząd nie chce tego uczynić, "bo pieniądze potrzebne są na wpłacenie składki do brukselskiej kasy".

Wątpliwości i obawy posłów starał się rozwiać Robert Kwaśniak, wiceminister finansów. Odpierając zarzut, że możliwości spłaty kredytu są mało lub wręcz nierealne, zapewniał, że przeczy temu kroczący wzrost składki, wynikający z ustawy o ubezpieczeniu w NFZ. Drugie źródło większych przychodów to wzrost podstawy wymiaru składki z 60 do 70% (w rzeczywistości - 75% przyp. red.) dla osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą. Według min. Kwaśniaka, w okresie 2003-2007 r. zmiany te przyniosą kwotę ponad 17 mld 300 mln zł większą od tegorocznego budżetu NFZ. Min. stwierdził też, że kredyt udzielony kasom nie może zostać umorzony, gdyż art. 65 ustawy o finansach publicznych nie przewiduje takiej możliwości.

Cóż za porywająca lektura w czasie, gdy media epatują nas codziennie nowymi wiadomościami o zamykanych szpitalach, ewakuowanych pacjentach, a nawet strajkach głodowych lekarzy (to największy "dramat", poważniejszy niż los pacjentów!), którym rząd odmawia "marnego" 1000 czy 1500 zł podwyżki na masełko do chleba (moim zdaniem raczej na wczasy na Seszelach, ale to już nie mój interes)... Zamieszczony wyżej artykuł pt. "Urzędowy optymizm" pochodzi z 05.2003 i dotyczy czasów, gdy premierami i ministrami finansów były takie osoby jak Jerzy Buzek, Leszek Balcerowicz, Leszek Miller, Marek Belka, prezydentem Aleksander Kwaśniewski a marszałkiem Sejmu Józef Oleksy, w rządzie Millera pojawił się też młody minister rolnictwa Wojciech Olejniczak. Skąd my znamy te nazwiska? Czy to nie ci sami, którzy dzisiaj mają najlepsze recepty na uzdrowienie wszystkich nieszczęść, które rzekomo spadły na Polskę dopiero za rządów PiS-u, czy to nie ci sami, którzy - jak twierdzą - zapracowali w pocie czoła na dzisiejsze sukcesy gospodarcze? To pytania retoryczne - jak się miała służba zdrowia za rządów "tych panów" pokazuje chociażby powyższy artykuł. To rząd Millera wymyślił NFZ - nową kosztowną korupcyjną strukturę do obstawienia swoimi ludźmi, która nie rozwiązała rzeczywistych problemów służby zdrowia. W innych dziedzinach było nie lepiej, w społeczeństwie dominowało rozczarowanie rządami, aferami, prywatą; WSI robiły swoje ciemne interesy przez nikogo nie niepokojone - ta sprawa w ogóle nie istniała w obiegu publicznym. Dziś myślą, że ludzie już zapomnieli o tym upadku. Czy naprawdę tak dużo zmienia, że były szeregowy minister pokłócił się z byłym szefem - premierem i wykopał go z partii, a ten niewdzięcznika nazwał w tv "młodą hieną" albo to, że były marszałek Sejmu okazał się "kretynem" i "zdrajcą", za co również wyleciał? To też pytania retoryczne - ktoś musiał zostać kozłem ofiarnym, mającym zamaskować brak jakiejkolwiek wymiany skompromitowanych kadr. Ze względu na to, że niektórzy wredni obywatele mają trochę za dobrą i za długą pamięć, po drodze przekształciły się również partie niczym transformery z UW i SLD odpowiednio w PO i LiD. Warto zadać jeszcze jedno pytane: Czy to, że lekarzom przypomniało się o "marnym" 1000 czy 1500 zł w ostatnim czasie, a kulminacja konfliktu przypadła akurat na miesiąc przed wyborami a nie np. pół roku przed wyborami albo miesiąc po wyborach, czy to jest zupełnie przypadkowym zbiegiem okoliczności? Wszak ewakuacje szpitali są tematem bardzo medialnym - temat ten potrafi zepchnąć na dalszy plan wiele wydarzeń, nawet debatę przedwyborczą, którą zresztą eksperci w TVN24 już zgodnie określili jako nudną i bez znaczenia (rzecz jasna zupełnie przypadkiem zupełnie przypadkowe osoby zapytane w ulicznej sondzie miały dokładnie takie samo zdanie jak eksperci, oczywiście również przypadkiem debata pobiła rekord oglądalności, a sztaby PiS i LiD rozważają, czy nie zdyskontować medialnego sukcesu i nie zdecydować się na "rewanż"). A może jest tak, że strajki lekarzy mają pokazać, że to nie oczywiste błędy i zaniedbania z czasów UW i SLD są przyczyną dzisiejszych problemów, tylko dzisiejsza władza, która jak mówią - nie umie się z nikim dogadać (Kwaśniewski w debacie na temat lekarzy: "mój apel jest taki: rozmawiać i dać"). PO i LiD chcą, żeby ludzie uwierzyli, że oni to zaraz porozmawiają i dadzą; liczą, że już nikt nie pamięta, jak "wspaniale" rządziły i urządziły służbę zdrowia ledwie parę lat temu (LiD) lub trochę dawniej i mniej szkodliwie (UW). Może warto jednak przypomnieć, że podczas gdy rządy lewicy nie rozwiązywały żadnych problemów, nie wdrażały skutecznych reform, a jedynie pogrążały służbę zdrowia (m.in. przez afery korupcyjne w NFZ dotyczące listy dofinansowanych leków układanych po myśli korporacji farmaceutycznych), jednocześnie systematycznie podnosiły składki. Natomiast rząd PiS obniża składki i ma pomysły na stopniową rozsądną poprawę sytuacji lekarzy i służby zdrowia, o czym wielokrotnie mówił minister Religa oraz Kaczyński w debacie. Jak widać, czasem warto odświeżyć pamięć.

Tak na marginesie - przywołując jeszcze raz wspomnianą już debatę - uwaga na temat rzetelności TVN24. Na pierwszym planie dzisiaj są zafrasowani lekarze, ale w tle jeszcze pojawiają się echa wczorajszej debaty. Proponuję przypomnieć sobie, jak jeszcze kilka dni temu eksperci, debatujący nad możliwym przebiegiem debaty, wprowadzili do obiegu opinię, którą traktowalijako niemal oczywistą, a którą można dosadnie tak streścić: "taki burak a także osobnik agresywny i pełen jadu jak Kaczyński, w debacie ze światowym, taktownym i pokojowo usposobionym Kwaśniewskim, zapewne będzie prostacko, nieelegancko atakował byłego prezydenta posługując się jego kijowską wpadką". Oczywiście, było to marzeniem tych ekspertów, bo raz - Kwaśniewski na pewno został na to przygotowany, a dwa - mogliby potem łatwo punktować rzekomy czarny charakter Kaczyńskiego. Cóż, nie udało się, Kaczyński nie wspomniał ani słowem o Kijowie, Charkowie, "magistrze", rewelacjach Oleksego (trochę tego się uzbierało Kwaśniewskiemu), jeśli wypominał błędy, to tylko polityczne. Ale dla TVN24 to byłoby za proste, co prawda Kaczyński nie podłożył się, ale rzeczywistość zawsze można podrasować. Dzisiaj dowiedziałem się z tej stacji - powiedziano to expressis verbis - że Kaczyński wytknął Kwaśniewskiemu alkoholizm i było to poparte sekwencją video z debaty! Na pierwszym miejscu wymieniono rzekomą aluzję Kaczyńskiego ("Pijani kierowcy, to zabici ludzie. Więc proszę o tym pamiętać. Ja wiem, dla pana to może być bez znaczenia.") a na drugim rzeczywistą aluzję Moniki Olejnik ("Czy powinno się ośmieszać Polskę na arenie międzynarodowej, nawet jak się nie jest politykiem czynnym?") razem z odpowiedzią Kwaśniewskiego na tę rzeczywistą aluzję ("Ja rozumiem, że w pierwszej części pytania pani wyraźnie pije do mnie. [śmiech publiczności]"). Wszystko zmontowane w płynną dynamiczną sekwencję. Co za pokaz finezji i rzetelności dziennikarskiej. Dla jasności podaję kontekst rzekomej aluzji Kaczyńskiego: Kwaśniewski: "Sądy 24-godzinne, z których jesteście tak dumni na razie zajmują się, że tak powiem, sprawami furmanek, motocyklistów. (...) Kiedy rzeczywiście pan z Polski chce uczynić takie wielkie, wielkie, piękne więzienie?" Kaczyński: "Otóż po pierwsze, sądy 24-godzinne to jest bardzo skuteczna metoda walki z pijanymi kierowcami, a pijani kierowcy, to zabici ludzie. Więc proszę o tym pamiętać. Ja wiem, dla pana to może być bez znaczenia, ale to ma wielkie znaczenie. (...) Będziemy radykalnie ograniczać tę drobną przestępczość, która ludziom tak na co dzień najbardziej zagraża." Jak widać Kaczyński wspomniał o pijanych kierowcach w zupełnie innym kontekście. Gdy mówił "dla pana to może być bez znaczenia", to było to oczywiste nawiązanie na zasadzie przeciwstawienia do wcześniejszego argumentu, że PiS - w odróżnieniu od LiD - jest partią działającą na rzecz zwykłych obywateli. Czujni redaktorzy TVN24 nie mogli przepuścić kolejnej szansy na wbicie jednej z codziennej porcji dziesiątek małych szpilek w znienawidzonego Kaczora.

06.09.2007, 04:01:38

Układ w Środę

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Czytając "Gazetę Wyborczą" bardzo trudno oprzeć się wrażeniu, iż określenie wykształciuch w sposób niezwykle trafny pozwala opisać specyficzną grupę społeczną pretendującą do miana inteligencji. Samo określenie zostało wprowadzone Aleksandra Sołżenicyna - pisarza, intelektualistę, ale na pewno nie wykształciucha. Sołżenicyn jest laureatem literackiej Nagrody Nobla z czasów, gdy ona jeszcze coś znaczyła. Został on ciężko doświadczony przez komunistyczny terror (Łubianka, zesłania). W Polsce w publicznym obiegu słowo wykształciuch pojawiło się zaledwie rok temu za sprawą Ludwika Dorna, zresztą - także intelektualisty z prawdziwego zdarzenia, erudyty. Dorn lubi swoje wypowiedzi okrasić celnie dobranymi cytatami znanych poetów. Wczoraj prowadząc obrady Sejmu w dość napiętej atmosferze z polotem odwołał się do Thomasa Eliota w czasie wymiany zdań z Bogdanem Zdrojewskim z PO. [Zdrojewski poprosił Marszałka o zdementowanie tego, że PO przyczyniła się do obstrukcji prac Sejmu oraz potwierdzenie, że "intencją klubu PO cały czas jest praca jak najbardziej profesjonalna" na co Marszałek celnie odparł: "Stwierdzam, że taka intencja występowała na posiedzeniu Konwentu. Jeżeli doszło do pewnej rozbieżności w głosowaniu, to jest tak, że - sięgam pamięcią do poematu Eliota - pomiędzy intencją a jej spełnieniem pada cień, i być może to się zdarzyło."] Wykształciuchy jednakże - nawet w osobach swoich czołowych przedstawicieli - wbrew faktom przypisują Dornowi stworzenie określenia 'wykształciuch' oraz próbują, poniekąd skutecznie, przekonać całą inteligencję do tego, iż próbuje się ją obrazić, określając ją właśnie tym mianem. Ma to jednocześnie świadczyć o rzekomej pogardzie polityków PiS-u w stosunku do inteligencji jako grupy społecznej. Cóż, rodzina Kaczyńskich wywodzi się wprost z przedwojennej inteligencji żoliborskiej. Jeśli więc już kogoś mamy przeciwstawiać PiS-owi, to jednak właśnie owych wykształciuchów a nie inteligencję jako taką.

Wykształciuchy wszystkich krajów łączcie się! A organem waszym GW
Ja osobiście nie uznaję marksistowskiej klasowej teorii społeczeństwa, szczególnie nie przystaje ona do współczesności. Nie mam więc pretensji do przynależności do klasy inteligenckiej. Uważam też, że wykształcenie to o wiele za mało, żeby określić wartość człowieka. Są prości ludzie, w postępowaniu których widać mądrość i poziom etyczny przewyższający wielu tzw. inteligentów. Nie chcę nazywać siebie inteligentem, ale tym bardziej nie będę nazywał siebie wykształciuchem. A taką przewrotną taktykę dość skutecznie zaproponował Michnik i jego środowisko za pomocą GW i innych salonowych mediów. Nazwanie się wykształciuchem jest w tym środowisku pewnym kodem, przepustką do towarzystwa. Jednym ze szczytowych przejawów tej taktyki był moim zdaniem artykuł Pacewicza w poniedziałkowej GW, którego fragment zacytuję: "Z pewnością Tusk nie chce, by Platforma została skojarzona z SLD. Wiele z jego wypowiedzi wskazuje na taki właśnie odruchowy 'antykomunizm'. (...) Może czas, by Tusk przekroczył historyczne i biograficzne uprzedzenia? (...) Porozmawiajmy jak wykształciuch z wykształciuchem: w polityce czasem potrzebny jest – mówiąc górnolotnie – format męża stanu, który podejmie ryzyko w obronie ojczyzny." W tych słowach kryje się wyraźny nacisk ze strony GW na Tuska i jego partię, aby zaczęła długo oczekiwaną współpracę z SLD i z pomocą przystawek odsunęła PiS od władzy w końcówce tej kadencji Sejmu. Aby nie być gołosłowną GW pogroziła Platformie palcem - po wielu miesiącach publikowania sondaży korzystnych dla tej partii, nagle opublikowała (i dla pewności rozreklamowała dzień wcześniej w tv) sondaż, w którym znaczącą przewagę ma PiS. W istocie było to ostrzeżenie i zapowiedź tego, że w przypadku nieposłuszeństwa skończy się wsparcie i parasol ochronny mediów, zapowiedź, która powinna dać Tuskowi do myślenia. Rezultat tych przemyśleń zobaczymy w piątek w czasie głosowań nad samorozwiązaniem Sejmu. W artykule Pacewicza zwraca uwagę użycie "wykształciuchowego kodu" - kolesiowskie wyrażenie: "porozmawiajmy jak wykształciuch z wykształciuchem" użyte niczym jakiś gryps, brzmi w gazecie o tak szerokim audytorium wręcz żenująco. Fraza o "obronie ojczyzny" wyraźnie nie pasuje do tego kontekstu, chyba, że odczytamy ją inaczej - jako wezwanie do obrony zagrożonych w IV RP interesów układu.

Opinia GW o układzie w artykule napisanym przez Środę
Jeśli już jesteśmy przy układzie, to przejdę do sedna mojej dzisiejszej notki, czyli omówienia pewnego artykułu. W "Gazecie Wyborczej" 05.09.07 (środa) nr 207/07, s. 20 ukazał się artykuł rasowego wykształciucha (a jakże!), czyli Magdaleny Środy przedstawiającej się z feministyczną manierą jako filozofka. Jest to stała publicystka GW, a jej poglądy są zbieżne z linią tego dziennika. Tytuł artykułu brzmi "Jak powstał układ". Myliłby się ktoś sądząc, że spodziewałem się po tej gazecie choćby próby poważnej dyskusji na temat wymienionego w tytule omawianego artykułu zjawiska. Dyżurni komentatorzy z GW na komendę Adama Michnika od dawna przy każdej okazji obowiązkowo starają się wyprać słowo 'układ' z jego słownikowego znaczenia i nadać mu nacechowanie ironiczne lub zgoła szydercze. Spodziewałem się rzecz jasna artykułu szyderczego i nie zostałem zaskoczony. Jednak pewne fragmenty tego artykułu są tak charakterystyczne dla szerszej postawy GW, iż uznałem, że warto je tu omówić, aby stosunek tej gazety do naszego kraju i jego mieszkańców dla wszystkich stał się jasny (o ile ktoś w tej kwestii ma jeszcze wątpliwości).

Wykształciuch vs. ciemniak
Zachęcony do dyskusji przez wykształciucha, wymyśliłem na szybko określenie, którym mogę się nazwać jako tegoż wykształciucha oponent, określeniem tym będzie tu ciemniak (niejednokrotnie osobiście przekonałem się, że wykształciuchy nazywają swoich oponentów a także elektorat PiS-u ciemniakami, więc wszystko się zgadza). Punktem wyjścia dla Środy jest dobry dla PiS wynik sondażu z poniedziałku. Filozofka stawia tezę, iż przyczyną takiego wyniku jest duża (zbyt duża!) wiara w istnienie układu. Następnie w obszernej analizie podaje i poddaje pod dyskusję dziesięć hipotetycznych przyczyn narastania tej wiary. W dalszej części będę operował raczej swobodnymi skrótami artykułu (moje skróty są raczej reprezentatywne, aczkolwiek mogłyby zostać uznane za tendencyjne, dlatego zainteresowanych zdecydowanie odsyłam do źródła). Mój komentarz wyróżniam kursywą, przy czym - wybaczcie, ale będąc w porównaniu ze słynną filozofką tylko intelektualną miernotą, wielokroć tutaj uciekam w kpiny i szyderstwa, zamiast porządnej rzeczowej dyskusji z zaprezentowanymi głębokimi myślami. Przypominam jednak, że jest to efekt uboczny, moim głównym celem było zaprezentowanie postawy GW w stosunku do naszego kraju i jego mieszkańców. Oto 10 hipotetycznych przyczyn wiary w układ wymienionych przez Magdalenę Środę:
1. Mamy do czynienia z "buntem wykluczonych", do których zaliczają się byli pracownicy PGR-ów. Problem w tym, że wśród tej grupy powszechne jest poczucie wstydu za polityków i zjawisko rosnącego sentymentu do PRL ("był porządek, a generał Jaruzelski to miał honor"). Może więc w układ wierzą jacyś inni wykluczeni? - pyta Środa, która w jednym punkcie postawiła i obaliła swoją hipotezę. Moją uwagę zwraca jednak co innego, a mianowicie słowo "bunt", którego użyła Środa. Przez bunt należy rozumieć opór przeciwko władzy, co oznacza, że środowisko GW cały czas uważa się za władzę. Środa mówi o buncie, bo ludzie ośmielają się myśleć samodzielnie, inaczej niż życzyliby sobie pretendujący do rządu dusz redaktor Michnik i jego ludzie. Podejrzewam, że passus ten wyszedł spod pióra filozofki mimowolnie - pokazuje, że w świadomości tego środowiska funkcjonuje przekonanie, że "demokracja demokracją, ale władza należy do nas". Jeśli przypadkiem społeczeństwo myśli co innego albo co gorsza wybory nie potwierdzą ich władzy, to jest to po prostu jakiś wypadek przy pracy, usterka tejże demokracji, którą należy szybko naprawić.
2. W chaosie medialnym, w rozlicznych ujawnianych spiskach, sensacjach, nieszczęściach tak trudno się połapać, że rozsądek większości ludzi kapituluje i symplifikuje. Podobnie było w XVI w. - wszystkiemu winne były czarownice i czuć było ulgę, że ktoś zrobił z nimi porządek. Pozwolę sobie w tym miejscu na symplifikację tej wypowiedzi pani Środy: społeczeństwo to hołota i ciemnota o mentalności szesnastowiecznych prostaków. A jeśli chodzi o moje prywatne zdanie jako ciemniaka, to myślę, że ani chybi Środa też jest czarownicą (wyjaśnienie, dlaczego aż tak nie lubię pani Środy, że używam w stosunku do niej "epitetu Rydzyka" znajduje się w p. 7).
3. Płytkość społeczeństwa obywatelskiego. Brak zakorzenionych instytucji życia publicznego, raczkująca samorządność itd. W tej próżni wiara w układ daje się łatwo zaszczepić. Ciekawa hipoteza, owszem, owszem.
4. Obywatelski nihilizm edukacyjny. Szkoła zamiast uczyć krytycyzmu politycznego daje marną katechezę i staroświecki patriotyzm. Ten punkt można streścić tak, że problemem polskiej szkoły jest brak lewicowej indoktrynacji oraz za dużo patriotyzmu. Cóż, odwrócenie tego staroświeckiego podejścia zapewne zmniejszy odsetek czarownic palonych na stosie w Polsce. A poważniej - trudno zgodzić się, iż prowadzenie katechezy w szkole produkuje prawicowy elektorat - wystarczy rozejrzeć się choćby na Joggerze, jaki jest stosunek młodzieży do katechezy w szkole. Idea katechezy w szkole pochodząca z wczesnych lat 90. jest z pewnością w fazie upadku, taki sygnał wyszedł już nawet od min. Legutki, który - można sądzić - będzie stopniowo pomniejszał jej znaczenie.
5. Brak jasno zdefiniowanych celów państwa i instytucji publicznych. Nie może być tak, że jedynym celem polityki jest tropienie, bo wtedy normalny obywatel, żeby nie zwariować, musi przyjąć, że istnieje coś, co się tropi. Zimna logika pokazuje, że Środa walcząca w środę z wiarą w układ nie jest normalnym obywatelem. Cóż, może Środa jest normalna tylko nie w środę? Sam już się gubię.
6. Mamy bardzo niski (można powiedzieć - spadający na głowę) poziom elit politycznych. Jednocześnie wszyscy politycy chcą być charyzmatyczni i dlatego marzą o smoku, by go pokonać a Układ jest smokiem wszystkich smoków. A Krzysztof Jarzyna ze Szczecina jest szefem wszystkich szefów. Wybaczcie, ale niektóre z tych środowych wywodów są dla mnie zbyt porażające, może już zwariowałem (patrz p. 5).
7. Przykro mówić: jesteśmy zawistni, niesympatyczni, narzekający, wiecznie niezadowoleni. I w ogóle się tego nie wstydzimy. Niechęć do układu łączy się z niechęcią do ludzi bogatych. Ideałem bez skazy staje się nieudacznik, którego pieniądze trzyma w szafie jego mama. Mocne! To też dobre: "na zachodzie człowiek bez żony i konta jest zerem, a w Polsce - premierem". Tylko jedno zastrzeżenie: powtarzanie tych samych dowcipów od 2 lat staje się nudne. A co do opinii o Polakach wyrażonej w tym punkcie, to ważne, żebyśmy nawzajem wiedzieli, co o sobie myślimy. Ja też was nie lubię panie i panowie z GW. Co do ludzi bogatych, to niestety jest wśród nich bardzo wielu nieuczciwych i to nieuczciwość a nie bogactwo jest powodem niechęci do nich. Jest też wielu uczciwych, czego dowodem jest pan Roman Kluska, którego za czasów SLD za tę uczciwość zniszczono. Do pana Kluski i takich ludzi jak on, choćby najbogatszych, mam wielki szacunek.
8. Polityka prowokacji zastępuje realizm polityczny. Dziś istnieje się dzięki cynizmowi, medialnemu show i układowi. Aby liczyć się w polskiej polityce, trzeba albo wierzyć w układ, albo walczyć z wiarą w układ. No tak, ale miały być hipotezy o tym dlaczego przewagę uzyskali ci pierwsi. Wszyscy mówią o układzie i słowo stało się ciałem?
9. Sprawa najbardziej bolesna - słabość opozycji. W dniach szaleństwa Kaczyńskich oczy większości zwrócone są w stronę opozycji. "Szaleństwo Kaczyńskich" jest określeniem (jednym z wielu), które w ogóle nie świadczy o agresji mediów z GW na czele w stosunku do Kaczyńskich. Agresja ta jest wymysłem Kaczyńskich i świadczy o jakieś ich paranoi, czy tak? Ale przejdźmy do jednego z kolejnych zdań w tym punkcie - jest ono piękne, prawdziwa perełka! Tak jak Polinezyjczycy sądzili, że prokreacja nie ma nic wspólnego z seksem, tak Donald Tusk sądzi, że polityka nie ma nic wspólnego z działaniem, a zwłaszcza z posiadaniem przekonań politycznych. Niestety już kilka zdań dalej mamy faux pas: Jeśli chodzi o LiD, jestem pełna obaw, czy istnieje tam wola, która może ochronić demokrację, czy też jest tam głównie wola do związków małżeńskich z PO. Filozofko, nie związków małżeńskich tylko związków partnerskich! Jeśli Środa nie będzie świecić przykładną tolerancją to kto?
10. Układ istnieje. Za nic jednak nie uwierzę, że w Polsce istnieje potężna grupa ludzi, która zawarła potężny układ. Z godną filozofa i humanisty konsekwencją Środa zamyka swoje rozważania klamrą kompozycyjną i w ostatnim punkcie, podobnie, jak w pierwszym, zaprzecza sama sobie. W tym punkcie Środa wspomina jeszcze o komputerowym modelu układu, który jej zdaniem zostanie spożytkowany komercyjnie w formie breloczków. Myślę, że tu filozofka jest w błędzie, ale złóżmy to na karb braku technicznego obycia. W rzeczywistości gotowy model układu, jeśli już ma być wykorzystany komercyjnie, zostanie przerobiony na grę typu MMOG, w którą zaczną grać wszyscy Polacy a Środa nie będzie już musiała ani wierzyć w układ, ani podważać wiary w niego, bo wirtualny układ będzie dostępny w Internecie dla każdego, kto się zaloguje i wpłaci wirtualną łapówkę.

Tym akcentem kończę, bo zmęczyła mnie już strasznie ta nocna polemika wymierzona w Środę, choć już nie w środę.

30.07.2007, 20:20:07

Ciemna strona demokracji

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Uwaga! To nie jest notatka o tym, jak złe są rządy Kaczyńskich - jak zapewne wielu osobom skojarzył się tytuł. Jak na ironię - powstanie u czytelnika takiego właśnie skojarzenia - stanowi dobry przykład potwierdzający tezę, którą zamierzam dalej rozwinąć. Powstawanie określonych skojarzeń w umysłach znaczącej liczby ludzi dowodzi, że media informacyjne skutecznie wywierają na nas wpływ. Ludzie nie przyznają się przed sobą do tego - występuje tu wiele prawidłowości psychologicznych, np. znany fakt, iż badania potwierdzają 90% skuteczność reklam podczas, gdy 90% ludzi twierdzi, że reklamy nie wpływają na ich decyzje. W kwestii rządów Kaczyńskich może działać to samo - każdy powie - ale oni na prawdę źle rządzą - ja to wiem i nie wmówiły mi tego żadne media. Hmm... czy aby na pewno? Dlaczego, zatem, mówię o ciemnej stronie demokracji? Otóż, uważam, że tzw. system demokratyczny jest bardzo podobny do wszystkich innych systemów rządzenia, które od czasów neolitu z grubsza polegają na tym, że w danej społeczności nieliczna grupa dysponuje władzą i narzuca swoją wolę ogromnej większości. W toku historii zmieniają się szczegóły, co wynika z nieustannego postępu cywilizacyjnego i jest raczej oczywiste.

Na czym polega podobieństwo demokracji do innych systemów rządzenia? Otóż w demokracji kluczem jest tak zwana "czwarta władza", czyli media informacyjne. W istocie, możliwości tej "czwartej władzy" są tak wielkie, że można nazwać ją bardziej adekwatnie - "pierwszą władzą". Zamiast tylko opisywać, często kreuje i kształtuje ona wydarzenia. Przykłady? Swego czasu "Gazeta Wyborcza" wiele miesięcy zwlekała z publikacją zapisu tzw. "taśmy Rywina" - chowanie tzw. "kwitów" na odpowiedni moment jest jedną z metod działania. Inny przykład to tzw. "taśmy Beger", tu mamy do czynienia z wykreowaniem przez TVN sytuacji, która w zamierzeniu miała doprowadzić do upadku rządu i przyśpieszonych wyborów. Argumentowanie za odwołaniem rządu jest normalnym elementem gry polityków, ale zauważmy coś innego - kreacją odpowiedniego wydarzenia zajmuje się stacja telewizyjna! Przytoczyłem przykłady dwóch metod działania mediów - kreowanie i kształtowanie wydarzeń. Następny krok to sposób podawania informacji - tu dopiero zaczyna się cała finezyjna gra łącząca osiągnięcia socjotechniki, psychologii sugestii oraz neuromarketingu. Mówiąc krótko, medialny przekaz to pranie mózgu (brainwashing) - podkreślmy - metody są bardzo skuteczne, ciągle rozwijane i nieuświadamiane przez społeczeństwo. Zwróćmy uwagę, że Polska jest tu traktowana trochę jak Trzeci Świat. Otóż w zachodnich mediach też stosuje się socjotechnikę, ale tam maskuje się to, stwarza pozory obiektywizmu; u nas metody te stosuje się otwarcie, nachalnie, z dużą dozą cynizmu. Przykłady? Jeśli ktoś systematycznie śledził relacje z tzw. białego miasteczka oraz okupacji Kancelarii Premiera, zwłaszcza w TVN i TVN24, to wie o czym mówię. W sytuacji co najmniej kontrowersyjnej - do bólu nagłaśniano racje tylko jednej strony. Każdy program publicystyczny, satyryczny obowiązkowo okazywał sympatię pielęgniarkom, powołano liczne autorytety i "przypadkowych" obywateli do popierania "jedynie słusznej" strony itd. itp. Nie trzeba było nawet specjalnej przenikliwości, żeby zauważyć, iż sprawa pielęgniarek była traktowana czysto instrumentalnie. A przy okazji jako ćwiczenie z kreowania nastrojów społecznych.

Media informacyjne są zatem potężnym narzędziem wpływania na społeczeństwo. Zajmijmy się jednak tą ich rolą, którą powinny pełnić z definicji - dostarczaniem informacji o ważnych faktach, wydarzeniach - informacje te są praktycznie niesprawdzalne. Kolejny raz posłużę się przykładem, tym razem będzie to przykład wzięty ze spraw międzynarodowych (international affairs), ale za to niezwykle dobitny. W konflikcie palestyńsko-izraelskim obie strony walczą o dusze ludzi na całym świecie. Obok walki na karabiny, bomby i rakiety odbywa się nie mniej ważna walka informacyjna, w której celem każdej ze stron jest zdobycie sympatii dla swojej sprawy. Mało kto z nas może osobiście przekonać się, jak sytuacja wygląda tam na prawdę, kto ma więcej racji, kto jest bardziej pokrzywdzony. Nawet jeżeli komuś udałoby się dotrzeć osobiście na tereny okupowane (co nie jest łatwe), to jego doświadczenia będą skażone, zależnie od tego czy będzie gościem izraelskich osadników czy Palestyńczyków. Wreszcie, może akurat trafić w miejsce niereprezentatywne, gdzie sytuacja będzie odmienna, niż na większości terenów. Jeśli ostatecznie poświęci dużo czasu i środków, żeby dogłębnie poznać racje obu stron, to zabraknie mu życia na inne sprawy tego świata, w których wypada mieć jakieś stanowisko. Z konieczności opieramy się na tym, co dostarczają nam media. Tragizm polega na tym, że media nie są zainteresowane dostarczeniem nam obiektywnej wizji świata. Informacje zbierane na całym świecie (z oczywistymi ograniczeniami w miejscach konfliktów zbrojnych) przekazywane są wyżej, nitki zbiegają się w kilku miejscach. Surowa informacja dociera tak na prawdę do kilku, może kilkunastu agencji i największych redakcji na świecie. To tam następuje selekcja, tam wg określonego klucza zapadają decyzje, co usłyszy i zobaczy światowa opinia publiczna. Do tego dochodzi kwestia opakowania - prawdziwość informacji schodzi na drugi plan, na pierwszym jest widowiskowość, sensacja, igrzyska. Wracając do konfliktu palestyńsko-izraelskiego, nie opowiadam się tu po żadnej stronie, lecz chciałbym zachęcić do zapoznania się ze wstrząsającym z poznawczego punktu widzenia materiałem - jak fabrykuje się informacje, jak powstają igrzyska w XXI w.: Pallywood. Jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi mi tu o racje Palestyńczyków bądź Izraelczyków, przyznaję też z całą powagą, że rzeczywiście dzieją się tam straszne rzeczy. Rzecz w tym, ile warte są "fakty" relacjonowane w mediach, na podstawie których wyrabiamy sobie światopogląd, sympatie polityczne itd. Nie mamy pewności co do prawdziwości informacji jako takich i to nie tylko tekstowych, ale nawet pokazanych w telewizji. Sam materiał, na który się tu powołuję - oczywiście - również można kwestionować, lecz trzeba przyznać, że prezentuje on dość wyważone stanowisko. Przytoczę tu jeden jego fragment: "What is the reality? It's sometimes difficult to separate truth from fiction." ("Czym jest rzeczywistość? Czasem trudno jest oddzielić prawdę od fikcji"). To był tylko jeden przykład. Czas spojrzeć prawdzie w oczy - żyjemy w Matrixie - spreparowanym świecie służącym po części igrzyskom dla znudzonej publiczności a po części "regulowaniu" społeczeństwa (o tym dalej). Niestety, aby dostrzec ten fakt, trzeba podjąć wysiłek, wykazać pewną intelektualną odwagę, a przede wszystkim pokonać myślowe lenistwo, wygodę pozostawania w głównym nurcie.

Kwestionując podstawową informacyjną funkcję mediów, nie można pominąć sposobu podawania informacji. Te informacje, które - po przefiltrowaniu - zostaną przeznaczone do rozpowszechniania, podlegają dalszej specjalistycznej obróbce. Dobór nagłówków, montowanie fragmentów wypowiedzi, migawek nie odbywa się w sposób przypadkowy. Zawodowcy z tv doskonale wiedzą jak ukazać dowolną osobę jako poważną lub niepoważną. Systematyczne stosowanie tych technik to fragmencik maszyny do prania mózgów. Do tego dochodzi mieszanie informacji z opiniami, szczególnie nachalne w polskich mediach. Prezenterzy wiadomości w różnych telewizjach i stacjach radiowych bezwstydnie modulują głos zmieniając ton na aprobatę, zdziwienie, drwinę, ton protekcjonalny (obecnie modny) itd. Także wzbogacają przekaz tekstowy o różne na pozór dowcipne docinki - wręcz prześcigają się w tym. Nikt specjalnie nie przejmuje się tzw. misją mediów informacyjnych, a jedną z podstawowych spraw jest tu właśnie bardzo wyraźne oddzielenie informacji od opinii.

Podsumujmy: media informacyjne bywają bezpośrednim narzędziem politycznych wpływów oraz kreują wirtualną rzeczywistość przez dobór i naświetlanie informacji. To jeszcze nie wszystko. Otóż współczesne społeczeństwo stanowi niezwykle skomplikowany system. Podkreślmy to - system zupełnie nie do ogarnięcia jako całość; także po wydzieleniu poszczególnych podsystemów, każdy z nich nadal jest niezwykle skomplikowany. Jednostka nie ma żadnych realnych szans, nawet poświęcając cały wolny czas, na zgłębienie choćby jednego podsystemu współczesnego społeczeństwa. Logicznym rozwiązaniem tego problemu dla osoby, która ma ambicję wyrobienia sobie poglądów na otaczający świat, wydaje się zdobycie opinii ekspertów z danej dziedziny. Eksperci na wysokich szczeblach posiadają zespoły specjalistów, którzy dzięki skoordynowanej pracy są w stanie wytworzyć wiedzę na temat danej dziedziny (załóżmy). Dla uproszczenia załóżmy, że mamy do czynienia z dwiema przeciwstawnymi opcjami politycznymi, które w każdej dziedzinie mają przeciwne zdania: podatek liniowy - nieliniowy; ochrona przyrody - budowa autostrad; przyśpieszenie integracji z UE - zahamowanie integracji z UE; łagodne kary dla przestępców - surowe kary dla przestępców; małżeństwa dla homoseksualistów z możliwością adopcji dzieci - żadnych zmian w instytucji rodziny (to tylko przykłady, celowo uproszczone). Będąc zwykłymi obywatelami, tak na prawdę, nie jesteśmy w stanie ocenić krótko- i długoterminowych skutków tej czy innej polityki, dlatego korzystamy z opinii ekspertów podanych w mediach, opinie są podane w formie artykułów, wywiadów, dyskusji. Eksperci z definicji posiadają wiedzę i sprawnie posługują się logiką, a zatem są przekonujący. Z czasem wyrabiamy sobie opinię, która wynika nie tyle ze znajomości stanu rzeczy, a z tego jak przekonujący był z naszego punktu widzenia dany ekspert. Czy jest tu jakiś haczyk? Oczywiście, że tak. Polega on na wspomnianym wcześniej wysokim stopniu skomplikowania poszczególnych podsystemów życia społecznego. Efektem tego skomplikowania jest to, że eksperci mogą równie przekonująco udowodnić zarówno zbawienne skutki jakiegoś kierunku politycznego jak i katastrofalne skutki tego kierunku. Sądzę, że jeden i ten sam sprawny ekspert potrafi przekonać publiczność do dowolnego kierunku w swojej dziedzinie - w zależności od zamówienia. Większość ludzi ma mgliste pojęcie na temat założeń podatku liniowego a także o tym jak finezyjna jest cała struktura makroekonomiczna i jak wiele czynników, w różny sposób powiązanych z systemem podatkowym, decyduje o kondycji gospodarki. Ale ci sami ludzie z pewnością siebie przewyższającą niektórych ekspertów powtarzają zasłyszane czy przeczytane opinie na przykład o konieczności wprowadzenia podatku liniowego. Jaki jest drugi haczyk? Zamówienia na opinie ekspertów składają media. I nie miejmy złudzeń. W mediach najpierw określa się linię polityczną i ustala przyjaciół i wrogów na scenie politycznej, a potem dopasowuje ekspertów i opinie. Smutne? Cyniczne? Cóż...

Wrócę teraz do tezy postawionej na wstępie - czyli demokracji jako kolejnym systemie panowania i ucisku. Czasem występuje problem z samym zdefiniowaniem demokracji. Aby już nie rozwodzić się zbytnio, umówmy się, że chodzi w niej o w miarę reprezentatywny dla społeczeństwa wybór rządzących. Problem polega na tym, że społeczeństwo, my wszyscy, dokonując wyboru, opieramy się na jedynym źródle informacji i opinii eksperckich, jakie w praktyce mamy, czyli na mediach informacyjnych - czwartej a może już pierwszej władzy. W istocie społeczeństwo jest sterowane (regulowane) - i to w sposób dość precyzyjny i przewidywalny. To jest ta ciemna strona demokracji. Tylko od nas zależy, czy nasz światopogląd zbudujemy na podstawie Matrixa prezentowanego przez media, czy też spróbujemy na miarę swoich możliwości nieco poza ten Matrix wyjść. Trudno przecenić tu rolę i możliwości Internetu, nawet zdając sobie sprawę z jego wad i ograniczeń. Jednak ilu z nas zdecyduje się na ten krok?

24.05.2007, 14:08:34

Przyczynek do wolności słowa w wirtualnym świecie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Społeczeństwo informacyjne.

Komentowanie wiadomości w portalach (takich jak WP, Onet, Gazeta) to popularne zajęcie, co widać po liczbie komentarzy. Komentarze są moderowane. Czyżby chodziło o uniknięcie wypowiedzi przesadnie agresywnych i wulgarnych lub zaśmiecających? Rozsądek sugeruje, że tak właśnie powinno być. Okazuje się jednak, że jest to światek rządzący się, a właściwie rządzony wg specyficznych reguł poprawności. Wysłanie komentarza poprawnego językowo, zgodnego z dobrymi obyczajami i nawiązującego do treści komentowanego artykułu nie gwarantuje wcale "sukcesu", czyli pokazania komentarza. Reguły te nie są nigdzie jawnie zapisane, ale można je odtworzyć sondując portal odpowiednimi testowymi komentarzami.

Z testu widać jasno, że popularne portale reprezentują ściśle określoną linię polityczną - zbieżną z resztą mainstreamowych mass mediów w Polsce i nie tylko, czyli z poparciem dla lewicy (co nie jest zaskoczeniem). Poparcie to realizowane jest inteligentnie. Tak na prawdę używa się przy tym tylko pewnej śladowej inteligencji, ale pozostanę już przy użyciu tego określenia. Polega to na tym, że zamieszcza się wypowiedzi potępiające dajmy na to Kwaśniewskiego, Geremka a chwalące np. PiS - pod warunkiem, że są sformułowane prymitywnym, chamskim językiem, z błędami ortograficznymi i generalnie świadczą o tym, iż piszący jest skrzyżowaniem dresa z moherowym beretem. Natomiast wypowiedzi o przeciwnej wymowie przepuszcza się, o ile wyglądają w miarę inteligentnie, zawierają jakiś udatny frazes, czyli takie, po których można od razu poznać inteligenta z awansu. Mile widziane są wypowiedzi generujące ruch w portalu (jednak to jest też biznes), czyli wsadzające kij w mrowisko, prowokujące innych do odpowiedzi i dyskusji. Jeżeli autor takiej prowokacyjnej wypowiedzi jest cyniczny, negujący wszelkie wartości, to jest to akceptowane. Czasem można przemycić pogląd odbiegający od nałożonych na moderatorów założeń, trzeba tylko choć trochę dopasować się do podanych reguł. Zasady moderowania mają na celu to, aby z masy komentarzy wyłaniał się pewien statystyczny obraz komentujących i ich poglądów. Dochodzi więc jeszcze dostrajanie ilości komentarzy za i przeciw zgodnie z przyjętym założeniem. Mamy więc do czynienia z metodami bardziej subtelnymi, niż za czasów ordynarnej komunistycznej cenzury, dobrze wpisującymi się w ogólny trend postępu technicznego i społecznego.

Jeśli ktoś prowadzi podobne badania w tym zakresie, to proszę o podzielenie się wynikami.

25.02.2007, 21:21:07

Kwantowy bełkot

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.

Komputery kwantowe być może zrewolucjonizują świat na wzór filmów sf zapełnionych myślącymi i czującymi robotami, ale czy jest to możliwe już dziś? Codzienna prasa w pogoni za skandalem i sensacją, czyli wirtualne sensacje zamiast rzetelnej informacji o sprawach nauki w codziennej prasie.

Komputery kwantowe - są, czy ich nie ma
Nie tak dawno (9 dni temu) napisałem tutaj bardzo ogólnikowo o pracach fizyków nad zjawiskami kwantowymi, co mogłoby w bliżej nieokreślonej przyszłości doprowadzić do powstania komputerów inteligentnych (myślących). Chodziło mi przy tym raczej o efektowny wstęp do mojego technologicznego bloga, niż o rzeczową dyskusję na temat tzw. komputerów kwantowych, na którą przyjdzie tutaj jeszcze czas. Zaistniał jednak impuls do napisania paru zdań już teraz... Realistyczne spojrzenie na zagadnienie komputerów kwantowych wymaga przede wszystkim ich zdefiniowania. Logicznie i semantycznie - chodzi tu o komputer, który do działania, czyli do zautomatyzowanych programowalnych obliczeń wykorzystuje zjawiska kwantowe. Na podobnej zasadzie można mówić o komputerze mechanicznym, elektronicznym czy też optycznym. Przypomnijmy, że zjawiska kwantowe zachodzą w skali pojedynczych atomów i cząstek elementarnych (np. elektronów) - jak wykazali uczeni, nie działa tam mechanika klasyczna znana z fizyki. Niestosowalność mechaniki klasycznej sprawia, że trudno sobie wyobrazić tę dziedzinę rzeczywistości, a fizykom (teoretykom i eksperymentatorom), którzy pracują nad zjawiskami kwantowymi, należy się szacunek dla ich intelektu. Zapewne jest wiele zastosowań dla tych kwantowych odkryć - choćby lasery, a w dalszej przyszłości zjawiska kwantowe przypuszczalnie da się zastosować w komputerach. Jednakże news mówiący, iż właśnie teraz zbudowano kwantowy komputer musi wzbudzać wątpliwości, a szerzej - politowanie dla sposobu, w jaki informuje się społeczeństwo o sprawach nauki...

"Skandal - bez niego pusty jest dzień. Skandal - gazety czerwienią się."
Element kwantowego komputera Aktualny Dziennik 24-25.02.07 nie ma żadnych wątpliwości. Firmuje autorytetem swojego działu naukowego artykuł pt.: "Kup sobie do domu komputer kwantowy", który przeraża ilością technologicznego bełkotu. Jako, że niedawno sam pisałem właśnie o komputerach kwantowych, poczułem, że wypada odnieść się do tego newsa. Choćby dlatego, żeby przypadkiem nie wyszło na to, iż inspiruję się takimi ogłupiającymi prasowymi notatkami. Przyjrzyjmy się więc tej nieszczęsnej kaczce dziennikarskiej. Na początek czytelnik ma zostać oszołomiony wielką grafiką, która - w połączeniu z powtórzonym kilka razy słowem kwantowy - ma go odpowiednio nastroić do wchłonięcia "poruszającej" informacji. Grafika składa się ze zdjęcia "układu filtrującego sygnał" - zdjęcie przestawia blok kilkudziesięciu modułów - każdy z nich przypomina elektroniczną płytkę - osadzonych w złocistych kręgach. Bez zbliżenia pojedynczego modułu zdjęcie to jest niczym więcej niż bezwartościową mozaiką, nie ma na nim nawet żadnej skali ani odniesienia do rzeczywistych wymiarów. Poniżej mamy grafikę, która pomaga w wyobrażeniu sobie różnicy wydajności komputera PC i naszego wynalazku - porównanie efektowne lecz chyba naciągane. Główne moje zastrzeżenie do grafiki to zestawienie wizerunku procesora pecetowego (firmy AMD) z wizerunkiem czegoś, o czym tak na prawdę nic nie wiadomo czyli rzekomego procesora kwantowego. Dalej - zestawmy pierwszy i ostatni akapit artykułu: (1) "Prototyp pierwszego komputera kwantowego przeznaczonego na sprzedaż zaprezentowała niedawno kanadyjska firma D-Wave Systems. Maszyna o nazwie Orion ma wprost niewyobrażalną moc obliczeniową, a do sklepów trafi już na początku przyszłego roku." (2) "Możliwość jednoczesnego przeprowadzania obliczeń nie znaczy wcale, że komputer kwantowy będzie z definicji lepszy od popularnych pecetów. W większości zastosowań wymagających wykonywania działań w pewnej kolejności będzie wręcz bardzo wolny." To już robienie wała z czytelnika (przepraszam za kolokwializm). A więc chodzi o to, by we wstępie przykuć uwagę za wszelką cenę, nawet jeśli kilka akapitów dalej autor otwarcie przyznaje, że główna teza artykułu jest bzdurą? W dalszej części autor stara się przerazić czytelnika: za chwilę szyfry 128-bitowe będzie można o kant krzesła potłuc. Może warto zwrócić uwagę, że wydajność PC-tów rośnie dość szybko a łamanie szyfrów jest nieporównanie trudniejsze od szyfrowania. Więc nawet komputery kwantowe mogą nie nadążyć - jeśli w ogóle powstaną... Najbardziej jednak miesza w głowie akapit o tzw. qubitach, oto jego fragment: "Szesnaście bitów może tworzyć ponad 65 tysięcy możliwych kombinacji zer i jedynek. Tradycyjny komputer musi je obliczać po kolei, natomiast maszyna 16-qubitowa wylicza je wszystkie równocześnie." I co ma z tego zrozumieć czytelnik "Dziennika"? Przeciętny czytelnik może pomyśli: "Kurna, ależ z tego autora mądry informatyk, tylko po co on mi tu wyjeżdża z tym swoim slangiem, prościej proszę." Informatyk przeczyta to raczej z zażenowaniem - co to znaczy, że komputer musi obliczać wszystkie kombinacje po kolei? chyba program decyduje, co i w jakiej kolejności oblicza komputer. Wreszcie osoba zorientowana w temacie dostrzeże tu nieudolne odniesienia do stosunkowo nowej dziedziny obliczeń kwantowych oraz enigmatycznych newsów, które pojawiły się ostatnio na świecie w związku z działaniami wspomnianej firmy D-Wave Systems. Reasumując - artykuł pozostawia bardzo nieprzyjemne wrażenie braku szacunku dla czytelnika. Coś na zasadzie: "napiszemy głupkom trochę technicznego żargonu, trochę ich postraszymy i sensacyjny artykuł na całą stronę gotowy". Jestem zniesmaczony.

Czy ten komputer jest kwantowy?
Przejdę teraz do tajemniczych informacji o komputerze kwantowym łamiącym szyfry i równie tajemniczej kanadyjskiej firmy D-Wave Systems. Szanowni dziennikarze zamiast pędzić za newsem tylko po to, żeby go wydrukować przed konkurencją mogliby też zbadać sprawę dokładniej. Otóż, jak napisałem na początku, pierwszy problem z informowaniem o tej sprawie to zdefiniowanie samego pojęcia: komputer kwantowy. Słowo komputer zakłada możliwość obliczeń programowalnych a więc uniwersalnych. Jednak wiele prac naukowych nad zastosowaniem nowych odkryć dla informatyki zakłada z góry, że będą one miały zastosowanie wyłącznie w bardzo specyficznych przypadkach, a więc jednak nie będą uniwersalne. Często pojawia się przy tym idea masowego przetwarzania równoległego, która bardzo różni się od klasycznego modelu komputera, czyli maszyny Turinga. Sam Richard Feynman nie wymyślił tej idei, lecz znał ją i korzystając ze swojej olbrzymiej wiedzy (jeden z twórców fizyki kwantowej!) - zauważył, że teoretycznie można zastosować zjawiska kwantowe do realizacji idei masowego przetwarzania równoległego. Stworzone na tej zasadzie komputery kwantowe z założenia nie mogły i nie miały być uniwersalne, zastosowaniem przewidywanym przez Feynmana miały być obliczenia na użytek fizyki kwantowej (czyli na własny użytek). Pomysł zastosowania zjawisk kwantowych do masowego przetwarzania równoległego próbuje właśnie wdrożyć firma D-Wave schładzając swoje układy tak, aby uzyskać stan nadprzewodnictwa, w którym mają zachodzić przydatne do obliczeń zjawiska kwantowe. Tajemniczość firmy polega na tym, że ogłasza ona sukces za pomocą prezentacji nagrania video. Przypomina się inne "rewolucyjne" odkrycie z 1989 r., czyli zimna fuzja jądrowa rzekomo przeprowadzona przez dwóch fizyków - oszołomów. Dziennikarze zapowiadali już energetyczny raj na ziemi, tylko prawdziwi naukowcy z politowaniem obserwowali cały ten szum. D-Wave Systems, ograniczając się do prezentacji video kwantowego komputera o nazwie "Orion" i obwieszczenia nie popartego technicznymi szczegółami, tak na prawdę nie mówi nic wartościowego. Do ich informacji można będzie odnieść się dopiero, gdy niezależni naukowcy poznają szczegóły. Dziennikarzom oczywiście to nie przeszkadza. Najciekawsze są jednak pominięte przez pismaków wypowiedzi Neila Martina, szefa D-Wave Systems. Przyznał on szczerze, że nie ma ostatecznego dowodu na to, że Orion korzysta z praw mechaniki kwantowej, choć wiele na to wskazuje. Stwierdził też, iż prace nad komputerem kwantowym ogólnego przeznaczenia to strata czasu. Jaki jest więc cel jego maszyny? Otóż - pod warunkiem, że uda się zwiększyć moc obliczeniową tego hipotetycznego komputera kwantowego - będzie on mógł zostać wykorzystany do rozwiązywania problemów NP-zupełnych. Przypomnijmy, że problemy NP-zupełne są nierozwiązywalne przez obecnie stosowane klasyczne komputery (działające na zasadzie maszyny Turinga), a ściślej: nie udowodniono matematycznie ich rozwiązywalności (gdyby ktoś miał taki dowód, to przypominam, że nagroda $1.000.000 czeka na niego do odebrania). Orion mógłby np. szybko wykonać rozkład dowolnej liczby na czynniki pierwsze, co umożliwiłoby szybkie łamanie szyfru RSA. Na podstawie powyższych informacji chyba jednak trzeba przyznać, że trochę za wcześnie na robienie sensacji...

kwantowekrajobrazy is proudly powered by Jogger | RSS | Design by Ian Main, ported by Patryk Zawadzki.