Kwantowe krajobrazy

17.11.2007, 14:24:37

Czyżby następny człowiek honoru?

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Fajna grafika znaleziona w Internecie

Czy czeka nas namaszczenie przez Michnika następnego człowieka honoru? Wiele na to wskazuje, miłość między tymi środowiskami rozkwita.
Donald Tusk i Adam Michnik, grafika satyryczna

04.11.2007, 09:25:43

Niezależny ekspert prawdę ci powie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Ostatnio w mediach rozgorzała nagonka na PiS oraz na Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Myślałem, że gdy pieszczoch mediów już wygrał wybory, to dadzą sobie spokój z tym ciągłym antypisowskim szczekaniem i praniem mózgu widzów, radiosłuchaczy, czytelników wszelakich mediów. Jaki byłem naiwny! Najtrudniej jednak pogodzić się z tym, że tak wielu ludzi tak łatwo psychotechniczne zagrania antypisowskiej propagandy kupuje. Ale po kolei.

Miłe opakowanie

Problem polega na tym, że totalitarny system, który ludziom prał mózgi przemocą, okazał się średnio skuteczny (z pewnymi wyjątkami o dobrej skuteczności jak np. ZSRR, Korea Pn.), bo ludzie odruchowo dystansowali się od narzucanej siłą propagandy. Dzisiaj propaganda jest podawana w miłym opakowaniu i usilnie stara się przyjmować pozę niezależności - o czym za chwilę. Miłe opakowanie to np. Kuba Wojewódzki, który np. ku uciesze gawiedzi swój stosunek do rządu PiS-u demonstruje za pomocą planszy z gołą dupą. Dla tylko nieco bardziej wyrafinowanej publiczności jest opakowanie w formie miłych starszych panów: Grzegorza Miecugowa i Tomasza Sianeckiego, których program "Szkło kontaktowe" nazwany jest Radiem Maryja dla wykształciuchów. W przypadku tego programu mamy do czynienia ze swoistym fenomenem - interakcja z widzami polega na wyświetlaniu sms-ów w większości nader infantylnych oraz rozmowach telefonicznych na antenie, w których w większości widzowie prezentują absurdalnie wysoki poziom nienawiści do PiS-u. Redaktorzy prowadzący traktują to wszystko ciepło i ze zrozumieniem, dodając ochoczo własne trzy grosze, z rzadka okazując fałszywą, czysto deklaratywną bezstronność. To ostatnie częściej i z pewną dozą szczerości zdarza się Tomaszowi Sianeckiemu, któremu widocznie pozostały resztki przyzwoitości. Fenomen polega na tym, że program tak jawnie stronniczy i wypełniony taką ilością żółci skierowanej do przeciwników politycznych jest traktowany przez swoich wyznawców, owych wykształciuchów jako szczytowa forma intelektualnego wyrafinowania i wysokiej klasy.

Formalnie niezależny komentarz

Media celem zapewnienia swoim odbiorcom należytego poziomu wiedzy powołują się często na tzw. niezależnych ekspertów. Taki ekspert to może być np. prawnik, który z dwóch przypadków wykorzystania nieścisłości w kiepskiej Konstytucji III RP reprezentowanych przez PO i PiS "bezstronnie" wykaże, iż PO postąpiła zgodnie z Konstytucją, a PiS - sprzecznie. Dalej mamy poczet ekspertów-politologów, którzy zawsze stwierdzą, że incydent z pijanym Kwaśniewskim nie zaszkodzi zbytnio postkomunistom, ale najmniejsza wpadka polityka PiS, to już totalna kompromitacja, rozpad PiS-u i wymazanie znienawidzonych Kaczorów z historii. W kampanii wyborczej mieliśmy też często do czynienia z tzw. ekspertami od wizerunku politycznego, którzy - oczywiście "bezstronnie", ale za to z mocą naukowego autorytetu - pouczali widzów, który spot czy billboard ma im się podobać, a który - nie. Na moim skromnym blogu nie raz zwracałem uwagę na te paradoksy "bezstronności", niestety nawet mówiąc rzeczy oczywiste i łatwo zauważalne gołym okiem, jest się narażonym na posądzenie o paranoję czy epitet oszołoma - zwłaszcza, jeśli zwróci się uwagę, że cała propaganda jest sterowana przez ośrodek towarzysko biznesowy zwany umownie salonem, w którym przewodnikiem jest Adam Michnik. Ten sam Michnik, który w swoim szmatławcu czyli "Gazecie Wyborczej" napisał tuż przed wyborami 15.10.07: "Teraz nadszedł moment, by odzyskać Polskę". Nie życzyłem mu tego, ale niestety stało się - odzyskał. Nie chcę być złym prorokiem, ale wiele wskazuje na to, że odzyskał na dobre. Błędy III RP, które od 1989 po 16 tak dobrych dla elit latach (choć dla społeczeństwa znacznie gorszych) doprowadziły do nieznacznego i bardzo chwiejnego - ale jednak - zwycięstwa sił patriotycznych w 2005, zapewne zostaną przeanalizowane, aby ich nie powtórzyć. Szykują się cztery lata salonowych rządów, w trakcie których - co widać już u samego początku - opinia publiczna będzie nadal urabiana z pełną mocą ciężkiej artylerii - TVN, Polsat, stacje radiowe, "Gazeta Wyborcza", "Dziennik", "Polska" a wkrótce zapewne i media publiczne. Utracone po raz pierwszy wpływy systemowe w strukturach państwa - czyli efekt rozwiązania WSI i utworzenia CBA - mogą zostać przywrócone i - być może - jeszcze lepiej zabezpieczone. Tego, co tu napisałem, nie widać jednak na pierwszy rzut oka, wymaga to uważnej obserwacji życia publicznego na przestrzeni wielu lat. Wiem to dobrze, bo - wstyd to przyznać - sam przez jakiś czas łapałem się na lep "Gazety Wyborczej" (tym bardziej, że przez długi czas na rynku prasowym nie było alternatywy). Jak wspomniałem wcześniej, stronniczość salonowych ekspertów wspierających się naukowym żargonem była wręcz bezczelna, ale mimo to byli oni zawsze podpisani jako niezależni eksperci czy komentatorzy - są to typowe, wręcz banalne i stosowane nagminnie psychotechniki. Sama znajomość mechanizmów już znacząco zmniejsza ich siłę oddziaływania. Mała to dla mnie satysfakcja, gdy przekonuję się, iż nie myliłem się, gdy teraz pojawiają się gdzieniegdzie informacje, iż ten i ów "niezależny ekspert" zapraszany do różnych mediów faktycznie był człowiekiem pracującym na zlecenie PO. Media ze zrozumiałych przyczyn nie są zainteresowane robieniem z tego afery. Aktualnie tematem nr 1 jest przecież opluwanie Prezydenta, którego trzeba jak najbardziej zneutralizować, aby nie przeszkadzał w odzyskiwaniu wpływów. I tak "niezależny ekspert" prawny prof. Michał Kulesza wykonuje ekspertyzy prawne na zlecenie PO i jest doradcą tej partii. Adam Łaszyn, "niezależny ekspert" od wizerunku medialnego, prezes agencji medialnej - jak się okazuje - współpracuje z PO już od 2005, ma kontrakty z tą partią na szkolenia medialne. Oto jeden z jego komentarzy: "Co do debaty Tusk–Kaczyński nie było żadnych wątpliwości. Kaczyński sromotnie poległ i zobaczyli to wszyscy Polacy. Tusk pokazał największą charyzmę." Szkoda, że nie powiedział wprost, że zachwala jakość własnych usług, gdyż to on przygotowywał Tuska do debaty. Czyżby wstydził się swoich interesów? Raczej chce mieć ciastko (lukratywne kontrakty) i zjeść ciastko (niezależny ekspert). Żerując na mocy medialnego salonu, w którym żadna krytyka nie przebije się szerzej oraz na naiwności i - w gruncie rzeczy - bezbronności odbiorców, którzy nie mają czasu i możliwości analizować dogłębnie wszystkich aspektów, wszystkie te cwaniaczki niemożliwe mogą uczynić możliwym.

01.11.2007, 03:49:42

PO pod kontrolą

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Zostało mi jeszcze kilka tematów i zaległych materiałów z bieżącej polityki, w którą ostatnio zaangażowałem się, które chciałbym jeszcze opublikować, a potem zobaczymy. Wstępnie planuję mniej wpisów o bieżącej polityce wewnętrznej oraz powrót do tematyki futurologicznej, połączenie hi-tech z globalizacją i innymi trendami społeczno-politycznymi oraz co z tego może wyniknąć. Na takie tematy mam sporo przemyśleń. Teraz chciałbym napisać, że PiS jest najlepszą siłą polityczną na miarę dzisiejszej Polski i wierzę, że skoro niemożliwe jest dalsze pełnienie misji rządzenia Polską, to PiS wykona swoje obecne zadania związane z rolą partii opozycyjnej najlepiej, jak będzie to możliwe. Nie będzie porównania z destrukcyjną, arogancką, wiecznie obrażoną na PiS i obrażającą swoich przeciwników Platformą Obywatelską Donalda Tuska. PiS będzie m.in. kontrolować poczynania partii rządzącej, a już pierwsze dni po zwycięstwie wyborczym PO wskazują na to, że będzie co kontrolować.

Klasa życzeń

Chciałbym jednak, żeby było zupełnie jasne, iż życzyłbym sobie, nam wszystkim a przede wszystkim Polsce, którą kocham (nie wstydzę się tego napisać), aby wyniki rządów Platformy były dla naszego kraju jak najlepsze. Inna sprawa, że mam uzasadnione przesłanki, aby w spełnienie tych życzeń nie wierzyć. Jednak podkreślam jeszcze raz, że chciałbym się mylić w tej sprawie. Myślę, że zwolennicy PiS różnią się w tym od niemałej części zwolenników PO. Szczególnie mam tu na myśli tych zajadłych tzw. antykaczystów, którzy są skłonni dopuścić się manipulacji, czy nawet podłości, aby tylko dokopać swoim politycznym wrogom. Potrafią drwić z nazwiska czy powierzchowności osób, ale to jeszcze nic.

"Życzę jak najgorzej! (...) Dziś dzień zaprzysiężenia rządu Jarosława Kaczyńskiego. Poseł Cymański w telewizji wybrzydzał na polityka SLD, że nie zdobył się na dobre życzenia dla nowego premiera i jego ekipy. Ja się zdobędę. Moim jedynym dobrym życzeniem byłoby, żeby Kaczyńskiego Duch Święty nawiedził i wyleczył z obsesji i jeszcze gorszych przypadłości. Wszystkie inne moje życzenia są złe i nie zamierzam ich ukrywać. Wiem co będzie robił. Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych, choć za to płacą ludzie. Ale tylko one mogą wstrząsnąć bazą wyborczą tej wstecznej władzy i uniemożliwić dalsze hodowanie Chwasta zwanego IV RP. (...) Poza nawiedzeniem przez Ducha Świętego, wszystkiego złego Panie Premierze." To są życzenia złożone 14.07.06 z okazji zaprzysiężenia rządu Jarosława Kaczyńskiego na blogu Waldemara Kuczyńskiego, warto zapamiętać te życzenia i nazwisko tego, co Polsce życzy jak najgorzej. Ten były polityk związany ze środowiskiem UW/PD oraz Adama Michnika, obecnie publikujący w GW zachował się jak ostatni padalec. Po pierwszych krytycznych komentarzach i protestach, Kuczyński skasował ten skandaliczny wpis i zamieścił coś w rodzaju sprostowania, ale wpis rozszedł się już w cytatach na innych blogach. Szeroko przedstawił sprawę na swoim blogu m.in. Galba. Jednak salon nie spał zbyt długo i szybko ruszył Kuczyńskiemu z odsieczą. Odzyskawszy pewność siebie Kuczyński zaatakował protestujących przeciwko tym "życzeniom" nazywając ich "PiSowskimi klonami". Sam Galba został posądzony o antysemityzm (sic!) i od tego czasu był wielokrotnie atakowany przez salon. Jednym z ciekawszych incydentów było nazwanie go przez Kuczyńskiego (chyba w akcie zemsty) "półpsychopatycznym narwańcem" 10.10.07 w programie radia Tok FM, czym Kuczyński przebił nawet dziennikarzy tego radia należącego przecież do Agory.

Klasa przeprosin

Ludzie salonu, czyli tego pokroju co pan Kuczyński, na skutek zwycięstwa PO dostali wiatr w żagle i tym bardziej będą teraz swoimi podłymi metodami niszczyć przeciwników politycznych. Dobrym przykładem jest dwoje dziennikarzy z antysalonowej "Gazety Polskiej", wobec których właśnie zapadła decyzja sądu, zgodnie z którą mają być 13.12.07 prewencyjnie aresztowani na 48 h (to nie jest ponury żart!). Co za zbieżność - tylko zwyciężyła PO, a od razu dawne męty odzyskują wszędzie swoje wpływy, ludzie dawnego systemu po prostu przez 2 lata zbytnio się nie wychylali, ale przecież nie zniknęli. I jeszcze ta symboliczna data 13.12. A naiwni dawali się nabrać, że to PiS był rzekomo przeciwko wolności słowa lub też demokracji. Innym przykładem chamskich ataków na przeciwników politycznych jest medialna szopka urządzana wokół Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie tylko dlatego, że tak bardzo im nie pasuje ten najlepszy z polskich prezydentów po 1989 r. O Wojciechu Jaruzelskim szkoda mówić, był to czołowy przedstawiciel znienawidzonej dyktatury PRL, służalczy w stosunku do Moskwy. Lech Wałęsa to prymityw i prawdopodobnie agent SB - TW "Bolek". Być może szantażowany swoją mroczną przeszłością działał później wbrew polskim interesom, a jego kapciowy Mieczysław Wachowski to typ, od którego z daleka czuć agentem, prawdopodobnie był oddelegowany do pilnowania Wałęsy, który sam był za głupi, żeby sprawować taką funkcję bez instrukcji. Dzisiaj Wałęsa gra rolę salonowego pieska - salon w nagrodę za służbę przeciwko PiS-owi przestał go gnębić, a nawet namaścił na autorytet. Następny prezydent Aleksander Kwaśniewski ostatnio sam najlepiej wystawił świadectwo o sobie licznymi kompromitacjami oraz żałosnymi krętactwami, których nie dało się już dyskretnie przemilczeć tak jak za jego prezydentury.

Otóż urządza się medialną szopkę przeciwko Prezydentowi Polski, który bez najmniejszych zakłóceń i problemów wykonuje wszystkie konstytucyjne funkcje. Ciągłe drwiny liderów PO z braci Kaczyńskich i ich rzekomych problemów emocjonalnych, spot, w którym oligarcha dzwoni do "Leszka" i pomiata nim rzucając przy tym słowami na k... - to zdaniem salonu atmosfera, w której Prezydent ma jakby nigdy nic uprzejmie i z honorami odnosić się do lidera PO Donalda Tuska. Moim zdaniem Jarosław Kaczyński niepotrzebnie powiedział o należnych w tej sytuacji Prezydentowi przeprosinach, te słowa zupełnie nie nadawały się, aby je kierować do ludzi tak pozbawionych klasy jak liderzy PO i służące im salonowe media. Stało się to dla nich wyłącznie materiałem do dalszych drwin, traktowania prezydenta jak jakiegoś chłopczyka, który rzekomo obraża się na kogoś czy na wynik wyborów. W końcu Tusk łaskawie wystosował takie oto przeprosiny: "Jeśli panu Prezydentowi do nawiązania współpracy ze mną i z partią, która wygrała wybory, potrzebne jest słowo "przepraszam", mówię: przepraszam." Te słowa Tuska są dla każdego człowieka o elementarnej wyobraźni i wyczuciu zaprzeczeniem wszystkiego, co kryje się za ideą przeprosin. Donald Tusk tylko potwierdził to, co było już widać w debatach przedwyborczych - iż jest zwykłym chamem i burakiem. Lepiej by już nie przepraszał i współpracował z Prezydentem na normalnych konstytucyjnych zasadach. Jeśli intencją wezwania przez PiS Tuska do przeprosin było polepszenie atmosfery przed dalszą współpracą między ośrodkiem prezydenckim a rządowym, to Tusk jedynie do końca tę atmosferę zepsuł. Zrobił to świadomie, licząc zapewne, że takie postępowanie spodoba się jego elektoratowi, czyli ludziom, w dużej części młodym i naładowanym antykaczyzmem tak usilnie i skutecznie propagowanym przez media. Mogę powiedzieć, że gdyby w stosunku do Prezydenta RP tak zachował się polityk, którego ja popieram, czułbym zażenowanie i wstyd. Tuskowi woda sodowa uderzyła do głowy i nie bierze pod uwagę, że takim postępowaniem, takimi słowami skierowanymi do Prezydenta RP pluje w twarz kilku milionom Polaków, którzy PiS i Lecha Kaczyńskiego popierają mimo przegranych wyborów. Gdy poparcie zacznie PO jako partii rządzącej topnieć, może tego pożałować.

Społeczna kontrola PO

Platforma Obywatelska często odwoływała się do społeczeństwa obywatelskiego. Chętnie też korzystała z poparcia społeczności internetowej, w której reprezentowani są przede wszystkim młodzi i najmłodsi Polacy, a zatem w naturalny sposób społeczność ta odzwierciedlała wyższe poparcie dla PO w tej grupie wiekowej. Ten młody "internetowy" elektorat był elektoratem typowo antypisowskim, scalonym głównie przez dowcipy o Kaczorach, ale ideowo rozrzuconym od prawicowego liberalizmu typu JKM do tęczowej lewicy à la Biedroń. Właśnie ten elektorat może też najszybciej rozczarować się do PO. Teraz PO odczuje społeczną kontrolę swoich działań i to właśnie dzięki Internetowi. Mam nadzieję, że nie da się tego medium zbyt szybko zakneblować. Taki czarny scenariusz przewiduje w swoich wypowiedziach np. Janusz Korwin-Mikke, ale ja myślę, że nie nastąpi to zbyt szybko (najlepiej gdyby nie nastąpiło nigdy). Już pojawiło się w sieci kilku blogerów, którzy zapowiadają staranną kontrolę poczynań PO. To może wydawać się słabą siłą, ale o niektórych niepokornych blogerach pisały już mainstreamowe media. Ze względu na wspomniane przeze mnie we wstępie zmniejszenie mojego zaangażowania w bieżące sprawy, na koniec wymienię kilka już sprawdzonych lub dobrze zapowiadających się blogów piszących krytycznie o PO. Sam zapewne będę z nich korzystał, a gdy będę miał coś sensownego do dodania, to będę udzielał się tam również w komentarzach. Celowo pomijam tu blogi polityków czy znanych dziennikarzy. W tym wpisie chciałbym skupić się jedynie na typowej społeczności internetowej

Prawicowy.jogger.pl
Projekt, który jest mi bliski ze względu na uczestniczącą w nim prawicową część społeczności Joggera, do której sam się zaliczam. W krótkim czasie od powstania można powiedzieć o sukcesie, którego najlepszą miarą jest 110 wpisów w ciągu niespełna 2 miesięcy. A są to wpisy ciekawe, treściwe i poruszające - o czym świadczą często pojawiające się pod nimi długie dyskusje. Obok wpisów dotyczących prawicowych idei są sprawy bieżące, więc i krytyki PO nie zabraknie.

Prawy Prosty
Jeden z bardziej znanych prawicowych blogów prowadzony przez Galbę. Teksty kontrowersyjne, niepokorne, także celne, ironiczne spojrzenie. Często wpisy mają wartość źródłową - omawiają sprawy wcześniej nigdzie niepublikowane. To właśnie Galba stał się wrogiem publicznym salonu przez dokładne opisanie sprawy Waldemara Kuczyńskiego życzącego Polsce jak najgorzej. Ponieważ manipulacje medialne to już mój konik, nie powstrzymam się przed poleceniem jednego konkretnego wpisu Galby, który pokazuje jak salon perfidnie próbuje niszczyć niewygodnych ludzi: Historia pewnego kłamstwa (ten wpis jest we wcześniejszej części opisywanego bloga prowadzonej pod innym adresem).

Kataryna
Kolejny prawicowy blog należący do najbardziej znanych i komentowanych. Długie pogłębione analizy ważnych dla Polski spraw, analizy jakich próżno byłoby szukać w oficjalnych mediach, gdzie wszak za taką pracę dziennikarzom płacą (przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce oficjalne media jak wiadomo promują każdą bzdurę byle była ona przeciwko PiS-owi).

Prawda o Platformie
Ten blog jest w całości poświęcony archiwizacji wszelkich materiałów prasowych, które prezentują inne od oficjalnego oblicze Platformy Obywatelskiej RP. Prawdziwe oblicze! - To chyba pierwszy blog poświęcony typowo kontrolowaniu PO, powstał już w maju 2007. Swoje statutowe zadanie wykonuje bardzo dokładnie, precyzyjnie.

Bufetowa Watch
Polityka w Warszawie, czyli władze lokalne i prezydentura Hanny Gronkiewicz-Waltz pod lupą. - To chyba pierwszy szerzej znany w Polsce blog typu 'watch', czyli internetowy obserwator czy kontroler jakieś władzy (nazwa i charakter bloga jest analogią do angielskiego BlairWatch), a przy tym bardzo aktywny - 500 wpisów w ciągu 9 miesięcy. Blog powstał tuż po wyborze Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydenta Warszawy i od tamtego czasu tak skutecznie patrzy HGW na ręce, że był już opisywany w mainstreamowych mediach, a autor miał z jego powodu nieprzyjemności. Została podana wiadomość, że ratusz wszczął dochodzenie w sprawie tego bloga. Autor: Nie jest to moim zdaniem tylko proste wklejanie fragmentów z artykułów, choć oczywiście znajduje się tu dużo takich wpisów w ramach codziennego przeglądu prasy (z zachowaniem wymogów cytowania). Niektóre sprawy uważałem za istotne i starałem się dotrzeć do większej ilości informacji w tych tematach np. wysyłając zapytania do Ratusza czy ostatnio przygotowując wnioski o dostęp do informacji publicznej. (...) Tytuł bloga sprawia najwięcej problemów. Często spotykam się z podejściem, że wiele osób z założenia dyskwalifikuje BW ze względu na użycie niezbyt miłego przezwiska Pani Prezydent. Staram się tłumaczyć, że nie ocenia się książki po okładce, ale trudno zaprzeczyć, że jest w tym trochę złośliwości zaraz po przegranych wyborach 2006. No cóż będę to musiał to jakoś znieść i pogodzić się z tym, że wiele osób nigdy BW nie odwiedzi.

Tusk Watch
Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię. - Wykonanie eleganckie, początkowe wpisy zachęcające. Na razie wpisy są raczej krótkie. O tym nowym blogu wspomniała "Rzeczpospolita" 30.10.

Porażka Obywatelska
Platforma Obywatelska krytycznym okiem. Blog powstał 22.10.2007 r., czyli dzień po zwycięstwie PO w wyborach parlamentarnych. Celem jest baczne przyglądanie się Platformie i jej działaniom przez cały okres rządów. - Wykonanie estetyczne. Wpisy obszerne, są to staranne opracowania z powołaniem na źródła. O tym nowym blogu wspomniała "Rzeczpospolita" 30.10.

Irlandia za 2 lata
Dość staranne wykonie, choć nawigacja w tym projekcie wymaga jeszcze poprawienia. Wpisy ilustrowane, z dużą dawką ironii, ale na wyższym poziomie niż prymitywne dowcipy spod znaku SpieprzajDziadu.com (żałosną kondycję intelektualną przeciwników politycznych pokazuje choćby dział 'Baza linków' tego sztandarowego serwisu antykaczystów, proszę zwrócić uwagę np. na ostatni link).

Czekając na cud
Zarówno krótkie wpisy jak i obszerne opracowania z różnych internetowych źródeł. Zaczynając od pierwszego dnia po wyborach 22.10 blog bacznie przygląda się różnym podejrzanym działaniom PO i generowanym przez tę partię aferom, których niestety nie brakuje jeszcze przed przejęciem władzy. Co będzie potem?

Nie będzie Irlandii, chcemy Polskę!!!
Bardzo prosty graficznie, ale zawiera obszerne wpisy, poszczególne wpisy zawierają dużo treści o charakterze różnych podsumowań. Rozpoczęty 24.10, zobaczymy, co będzie dalej.

Pojawiło się ostatnio więcej różnych blogów typu anty-PO, ale pozostałe są raczej proste i wtórne, a w najlepszym wypadku wymagają jeszcze pewnego czasu obserwacji w celu sprawdzenia, czy rozwiną się w jakieś ciekawe projekty - to będzie zależeć od zaangażowania i rzetelności ich autorów. Jeśli coś nadzwyczaj ciekawego w tej dziedzinie jeszcze się pojawi, to możliwe iż w przyszłości niniejszy wpis zostanie uzupełniony o stosowny aneks.

30.10.2007, 11:03:21

To se ne vrati

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Polityka.

Zapowiada się na nową jakość w życiu publicznym. Jak za najlepszych lat III RP teraz znowu dziennikarze i politycy będą sobie tylko nawzajem miodek z ust spijali. Cóż w końcu przy władzy za chwilę będą "nasi". Warta uwagi jest zabawna reakcja mediów na wczorajsze wydarzenie. Wojciech Olejniczak, który próbował uratować z pożaru kobietę, w mediach został już obwołany Supermanem, tytuły krzyczą jak to uratował z płomieni staruszkę. Media komicznie prześcigają się w dodawaniu do tej historii wyssanych z palca szczegółów świadczących o bohaterstwie Olejniczaka, walce z płomieniami itp. Nie chcę odmawiać młodemu liderowi LiD zasługi, ale gdzie rzetelność, dążenie do dokładnego poznania i przekazania ludziom faktów i wreszcie pojawia się pytanie, gdzie nagle zniknęła ta złośliwość mediów? Był taki dowcip: Zdarzyło się, że Kaczyński uratował tonące w Wiśle dziecko. Następnego dnia tytuł w "GW" grzmiał na pierwszej stronie: "Co Kaczyński robił w godzinach pracy nad Wisłą?" Gdy sprawa dotyczy polityków PO/PSL/LiD, zadania dziennikarzy są zupełnie inne. Gdyby tylko ten wypadek miał miejsce przed wyborami, to pewnie media miałyby główny temat na cały tydzień. Już widzę te medialne doniesienia: "Prezydent nadal milczy! Dlaczego jeszcze nie odznaczył bohaterskiego Wojtka? Na pewno przez zawiść, że to nie bracia Kaczyńscy uratowali tę staruszkę." LiD od razu poszybowałby w sondażach o kilkanaście punktów.

Nastawiając się na nadchodzące czasy miodnych konferencji prasowych i wywiadów, popatrzmy po raz ostatni na czasy, w których konferencje prasowe były polem bitwy między niezłomnie trwającymi na szańcach demokracji dziennikarzami a rządowymi siłami zła i tyranii. To były czasy, w których tylko najtwardsi mogli przetrwać!

18.10.2007, 19:03:08

Nocna zmiana

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Proponuję lekcję historii. Zachęcam do poświęcenia ok. 60 min. na poznanie ważnego fragmentu polskiej historii najnowszej. Ciąg dalszy nastąpi... 21.10.07 (n).

18.10.2007, 13:21:04

Szpital PO okazyjnej cenie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Szpital PO okazyjnej cenie sprzedam PO wyborach... Beata

Myśl POzytywnie - PO wyborach możesz być właścicielem szpitala.

17.10.2007, 20:54:08

A jednak Platforma poległa!

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

PiS profesjonalnie zapunktowało w walce z PO w momencie, gdy wczoraj CBA pokazało szokujące nagrania z byłą przedsiębiorczą posłanką PO Beatą Sawicką, która zorganizowała ustawiony przetarg na sprzedaż nieruchomości na Helu, za który razem z burmistrzem Helu, przyjacielem Aleksandra Kwaśniewskiego wzięli łapówkę łącznie 250 tys. zł. Sama korupcja w szeregach Platformy Obywatelskiej, która ujawniła się w momencie zatrzymania posłanki nie zaszokowała opinii publicznej - takie rzeczy zdarzają się, a kierownictwo PO szybko zareagowało, wykluczając posłankę ze swoich szeregów. Jednak pokazany wczoraj publicznie materiał już mógł szokować. W zaprezentowanych nagraniach posłanka umawiała się z agentem CBA podającym się za zagranicznego przedsiębiorcę na długofalową korupcyjną współpracę związaną z perspektywami pracy poselskiej w ramach partii aspirującej do rządzenia oraz z działaniem w ramach pewnej wpływowej grupy, która ma mieć wpływ również na treść ustaw. W zamian miała otrzymywać środki na kampanie wyborcze. To ma być właśnie demokracja w wydaniu głośnych obrońców tejże demokracji przed PiS-em. Jednak to nie prezentacja mocnych nagrań ostatecznie pogrążyła Platformę Obywatelską.

Twarda walka

Jak napisałem wyżej, cios z ujawnieniem materiałów był celny i można było liczyć na niewielki ruch w wyniku wyborczym (w aktualnej sytuacji niewielki ruch to dużo, tak samo niewielki, ale znaczący ruch mógł mieć miejsce po debacie, w której Tusk faulując wygrał w opinii mediów z Kaczyńskim). Do tego momentu uważałem, że toczy się twarda, ale do pewnego stopnia zrozumiała w kampanii wyborczej gra, wszak polityka to zajęcie zdecydowanie nie dla mięczaków. Doszedłem też do wniosku, że przez pewien zbieg okoliczności media i opozycja, niestety przy udziale PiS-u, zmiękczyły z dnia na dzień temat sensacyjnych materiałów z Beatą Sawicką, robiąc pierwszoplanowy problem z prywatyzacji służby zdrowia. Nie jestem ekonomistą, ale myślę, że nawet gdyby do rządu doszła lewica, to ta prywatyzacja w jakieś formie w końcu nastąpi (szczególnie po takiej "lewicy" jak nasz LiD można tego się spodziewać). Oczywiście forma tej prywatyzacji jest ważna, szczególnie w świetle planów korupcyjnych posłanki Sawickiej. Jakby nie było - w ostatnich dniach przed wyborami przeniesienie zainteresowania z szokujących swoim rozmachem planów korupcyjnych Sawickiej na niuanse reformy służby zdrowia rozmywało trochę korzystny dla PiS efekt pokazania tych materiałów, zmniejszenie zainteresowania samą Sawicką było kierunkiem korzystnym dla PO. A jednak Platforma w kontekście tej sprawy dzisiaj poległa i to na własne życzenie, o czym w niniejszym nekrologu donoszę.

Jak Donald Tusk został Grzegorzem Dyndałą

01.10.07 (pn) Beata Sawicka została zatrzymana na gorącym uczynku w czasie przyjmowania drugiej raty łapówki. O jej zatrzymaniu został powiadomiony Marszałek Sejmu Ludwik Dorn, który nie skorzystał z prawa do nakazania natychmiastowego zwolnienia posłanki. 02.10.07 sekretarz generalny PO Grzegorz Schetyna poinformował o tym, że posłanka została wykluczona z PO oraz zrezygnowała z kandydowania do Senatu, odmówił przy tym odpowiedzi na pytania dziennikarzy. Mówiło się o umowie między PiS a PO, aby nie wykorzystywać tej sprawy w kampanii wyborczej. Jednak od samego początku PO upowszechniało wątpliwości sugerujące, że akcja CBA miała związek z kampanią wyborczą, sugestie te z satysfakcją powtarzały media. Aby uciąć wątpliwości 02.10.07 Marszałek Sejmu Ludwik Dorn zwrócił się do szefa Komisji ds. Służb Specjalnych Pawła Grasia z PO, aby zwołał posiedzenie Komisji, na którym szef CBA mógłby złożyć sprawozdanie z tej akcji. Posiedzenia tej komisji są tajne, ale na zakończenie komisja mogłaby wydać oświadczenie mówiące np., że nie ma wątpliwości, co do legalności działań CBA w tej sprawie. Paweł Graś nie odpowiedział na prośbę Marszałka Sejmu. 03.10.07 Ludwik Dorn po zasięgnięciu informacji u szefa CBA Mariusza Kamińskiego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry odbył rozmowę z liderem PO Donaldem Tuskiem, na której Marszałek poinformował Tuska, iż decyzja o postępowaniu operacyjnym w stosunku do posłanki Sawickiej zapadła wtedy, kiedy jeszcze nikt nie myślał o przedterminowych wyborach. Marszałek tak relacjonował fragment tej rozmowy na dzisiejszej konferencji prasowej. Dorn: "Słuchaj, Donald, nie nadawajcie tej sprawie cech politycznych, bo z tego co się dowiedziałem, sprawa jest absolutnie czysta." Tusk: "Słuchaj, Ludwik, ty rób swoje, ja będę robił swoje." Jak się okazało Donald Tusk, który z oskarżania rządu o zamiar stosowania haków w stosunku do opozycji, zrobił jeden z elementów kampanii wyborczej swojej partii, sam zaczął wyciągać haki na PiS i Kaczyńskich, sądząc, że w ten sposób wygra wybory. Zaczął wyciągać starą aferę montowaną przeciwko Kaczyńskim jeszcze przez niesławnego pułkownika Jana Lesiaka, a w tej kampanii odgrzewaną już przez Andrzeja Leppera. W "Newsweek" 41/07 08.10.07 (pn) ukazał się wywiad, w którym Tusk poinformował o rzekomym haku: "Znamy brzydkie fakty z przeszłości politycznej i biznesowej Kaczyńskich oraz ich najbliższych współpracowników. Niektóre z nich są rzeczywiście przygnębiające." Oprócz tego odpowiedział na pytanie: "Aresztowanie posłanki Beaty Sawickiej to element kampanii?" Tusk: "W jej sprawie szybko podjęliśmy decyzję. Osoba, która nie jest w stanie wyjaśnić, w jaki sposób znalazła się w takiej sytuacji, nie może być ani chwilę dłużej w Platformie. Koniec dyskusji. Czy PiS wykorzystuje takie sytuacje i podległe służby w politycznej wojnie z opozycją? Oczywiście tak!" Jak widać lider PO nie mógł powstrzymać się od ataków na CBA. Szef CBA Mariusz Kamiński zwrócił się tym razem na piśmie o możliwość złożenia wyjaśnień przed Komisją ds. Służb Specjalnych. Ze względu na brak odpowiedzi ze strony przewodniczącego Komisji, Ludwik Dorn zwołał Konwent Seniorów, który również może podjąć decyzję o zwołaniu Komisji. Jednak marszałkowie z opozycji zbojkotowali Konwent. W tej sytuacji zostały wyczerpane możliwości, aby Komisja ds. Służb Specjalnych wyjaśniła sprawę zarzutów o wykorzystywanie służb specjalnych w kampanii wyborczej. Powstała sytuacja niesymetryczna. PO zbierało głosy na tym, że rzekomo "zły" PiS wykorzystuje służby do walki z opozycją i wiadomo, że była to dość skuteczna propaganda. Z drugiej strony PiS nie mógł przed tymi zarzutami się obronić. Konsekwencją było wczorajsze ujawnienie części dowodów przeciwko Sawickiej na konferencji szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Pokazane materiały nie tylko potwierdziły winę posłanki, ale też pokazały rozmach jej planów korupcyjnych związanych z możliwością dojścia PO do władzy. Ludwik Dorn na dzisiejszej konferencji tak tłumaczył, iż Tusk sam jest sobie winien: "Najpierw szkalował i pomawiał CBA, a następnie uniemożliwił wyjaśnienie wszystkich wątpliwości, w ramach tajności, przed Komisją ds. Służb Specjalnych. Jako marszałek Sejmu chciałem powiedzieć Tuskowi: niech pan panie pośle nie mówi teraz o wykorzystywaniu służb w kampanii, bo to pan zastosował oszczerstwa i pomówienia jako środek walki w kampanii wyborczej. Niech pan teraz sam powie śladem znanej postaci z komedii: "Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało". Pan przewodniczący Donald Tusk jest Grzegorzem Dyndałą tej kampanii i może mieć pretensje tylko do siebie."

Atmosfera zagęszcza się

Wczorajsze ujawnienie materiałów przez CBA było bolesnym ukłuciem Platformy, ale wydawało się, że będą w stanie zakrzyczeć tę sprawę i nie stracą na tym zbytnio. Co prawda pojawiające się wątki stały się przynajmniej zastanawiające. Z serwisu posłanki i - do niedawna - kandydatki PO do Senatu z okręgu jeleniogórsko-legnickiego dowiadujemy się: "W 2001 roku, jako jedna z pierwszych osób w Polsce, rozpoczęłam budowę Platformy Obywatelskiej". Jak się okazało, Sawicka była bliskim współpracownikiem Grzegorza Schetyny, w 2005 obydwoje kandydowali do Sejmu z listy PO w Legnicy, Schetyna z nr 1, a Sawicka z nr 2. "Dziennik" ustalił, że kontakt z burmistrzem Helu udostępnił Sawickiej Marek Biernacki, poseł PO z Gdyni, członek Komisji ds. Służb Specjalnych. Poseł Wojciech Picheta, który kandydował do Sejmu z woj. śląskiego wczoraj również został wykluczony z PO, gdy okazało się, że to on był nieujawnionym przez CBA posłem, z którym rozmawiała Sawicka, z ujawnionej rozmowy wynikało, że poseł jest zainteresowany wejściem w korupcyjny układ ze sprzedażą nieruchomości na Helu (mimo wykluczenia Picheta nie zrezygnował z kandydowania, liczy zapewne na immunitet w nowej kadencji). Jakby nie patrzeć, wykluczenie już drugiego posła mocno zagęszcza smrodek wokół Platformy Obywatelskiej.

Samobójstwo Sawickiej czy samobójstwo Platformy

Beata Sawicka w jednej z zaprezentowanych wczoraj rozmów mówiła m.in.: "Trzeba robić biznes z polityką, trzeba w ukryciu (...) wiadomo, że pan Krauze, czy pan jak mu tam, wszyscy ci po kolei, którzy są tutaj umocowani, wszyscy dobrze żyją z politykami. (...) Może będą wybory za dwa miesiące, może będą za pół roku, może za trzy tygodnie. Stąd wiesz, ja muszę być przygotowana na każdy wariant. W politykę się nie musicie mieszać, tylko kasę dajcie i to wszystko. (...) Kampania kosztuje, słuchaj, sto pięćdziesiąt tysięcy, dwieście, trzysta. W zależności czterysta pięćdziesiąt, a w wykazie do PKW - Państwowej Komisji Wyborczej - trzydzieści pięć tysięcy i to są moje." Materiał w zgodnej opinii komentatorów był piorunujący, okazało się, że Sawicka powołując się na wpływy polityczne planowała długofalowe działania korupcyjne na dużą skalę, połączone z finansowaniem swojej kampanii wyborczej, z jej słów wynikało, że takie finansowanie jest dla niej - doświadczonej posłanki - normą. Beata Sawicka oferowała płatne pośrednictwo w dotarciu do burmistrza Helu w sprawie zakupu gruntów wielu osobom, nie jest więc prawdą, że to CBA skłoniło ją do popełnienia przestępstwa. Linia obrony mówiąca, iż agent ją uwiódł też nie daje się utrzymać, na filmie pokazującym moment wręczenia Sawickiej pierwszej raty łapówki wyraźnie widać ludzi robiących interesy a nie parę. W tej sytuacji, dzisiaj ok. 14:00, Platforma zdecydowała się na krok - moim zdaniem - samobójczy. Raczej nie obawiam się już o wynik wyborów, które PO przegra na własne życzenie. Sawicka wystąpiła w Sejmie rozdzierając szaty, płacząc, bredząc patetycznie o tym, że czuje się zaszczuta i myśli o samobójstwie, nawiązała do Barbary Blidy. Taka taktyka - w mojej ocenie - zemści się na PO. Oczywiście dostaną wsparcie od mediów, zwłaszcza GW/TVN, ale jednak ten dramatyzm jest szyty zbyt grubymi nićmi i nawet komentatorzy polityczni będą musieli się od niego zdystansować, aby nie ośmieszyć się. Tym wystąpieniem Sawickiej ustawiono po jednej stronie ją, PO i Barbarą Blidę jako ofiary opresji ze strony rządu. Wydaje mi się, że spin-doktorzy PO za mocno uwierzyli w siłę propagandy, w to, że media kreując nieustannie Blidę na ofiarę rządu sprawiły, że społeczeństwo zapomniało, iż Barbara Blida, wcześniej członek PZPR, SdRP, SLD była podejrzewana o związki korupcyjne z mafią węglową, która była jednym z najskuteczniejszych sposobów umożliwiających wyprowadzanie pieniędzy z budżetu państwa na wielką skalę w III RP. I właśnie to uwikłanie było głębszą przyczyną, która doprowadziła ją 25.04.07 do samobójstwa. Oto obszerne fragmenty (możliwe małe nieścisłości) dzisiejszego momentami histerycznego na pokaz wystąpienia Blidy, przepraszam, Sawickiej w Sejmie:
Wczoraj mnie zabito, ukamienowano za życia. Chciałabym przeprosić za moją słabość tych wszystkich, których ta sytuacja dotknęła, moją rodzinę, przewodniczącego Donalda Tuska, koleżanki i kolegów z partii. Zgubiła mnie ufność, otwartość. To wszystko było misternie zaplanowaną prowokacją obliczoną na rok, a jej kulminacja nastąpiła tuż przed wyborami. To nie był zwykły zbieg okoliczności. Do tej pory swoim życiem potwierdzałam uczciwość, pracowitość i bezinteresowną pomoc, nigdy nie żądałam za to żadnego grosza. Byłam na kursie dotyczącym zarządzania firmą. Byłam tylko i wyłącznie koleżanką. Nie wiem dlaczego akurat mnie wytypowano. Mam takie cechy, jestem otwartym, dobrym człowiekiem. Zafascynował mnie swoją przedsiębiorczością, błyskotliwością. Miał coś w sobie. Tak się składało, że przyjeżdżał z Wiednia wtedy, kiedy miałam posiedzenia Sejmu. Przyznaję, że chciałam zaimponować temu człowiekowi. Z uczciwego człowieka można w tym kraju zrobić po prostu przestępcę. Nie widziałam nic złego, żeby mówić, że kiedyś w przyszłości, gdy ta ustawa będzie uchwalona, być może te obiekty, z którymi samorządy nie będą wiedziały, co zrobić, pójdą do sprzedaży. Reprezentowałam ugrupowanie, które wierzyło w przedsiębiorczość i ją promowało. Zwracam się do pana ministra Kamińskiego z błaganiem, aby mnie nie linczował publicznie i nie doprowadził mnie do odebrania sobie życia! Proszę nie ujawniać publicznie tych materiałów. Proszę mnie nie niszczyć tak. Jedna się zabiła a druga walczy o to życie tutaj. Zniszczono mnie i moją rodzinę bolszewizmem. Moja rodzina walczyła na wszystkich frontach II wojnie światowej. Ja pochodzę z patriotycznej rodziny. O Katyniu uczył mnie mój dziadek. Apeluję do min. Kamińskiego. Chcecie wygrać wybory, zabijając ludzi. Jeśli kiedyś będę miała zaszczyt spotkać się z dziećmi posłanki Blidy, to powiem, jakie są uczucia zaszczutego człowieka. Wierzę, że być może zmieni się coś w tym kraju i o to proszę wszystkich Polaków, bo każdy z nas będzie podsłuchiwany tak jak ja - przez cały rok. Dziękuję państwu, słabo się czuję, przepraszam.
Dlaczego uważam, że to wystąpienie pogrąży Platformę? Problem w tym, że stanowi ono zupełnie błędne z punktu widzenia PO podgrzewanie tej sprawy. Wystąpienie jest wyraźnie wyrachowane, zresztą odbyło się na drugi dzień, więc trudno mówić o spontaniczności. Całość została starannie wyreżyserowana, choć popełniono błędy. Epatowanie widzów swoją uczciwością i bezinteresownością w kontekście materiałów, które dopiero co wszyscy zobaczyli jest totalną porażką. Teatralne mówienie o samobójstwie jest z zasady podejrzane i żałosne, ktoś kto chce to zrobić, to po prostu to robi (nie zdziwię się jak przed wyborami jeszcze spróbują epatować opinię publiczną doniesieniami o nieudanej próbie samobójstwa). Ta histeryczna postawa w ogóle nie koresponduje z bardzo chłodnymi biznesowymi rozmowami, jakie posłanka prowadziła z przedsiębiorcą/agentem, to wystąpienie strasznie trąci cynizmem. Sawicka jest niewiarygodna, gdy z jednej strony używa pejoratywnej konstrukcji 'w tym kraju' (ja zawsze mówię 'w Polsce', 'w moim kraju', nigdy 'w tym kraju'), a z drugiej strony czyni historyczno-patriotyczne nawiązania. Szczególnie ten Katyń wrzucony na siłę, musi w tym kontekście u każdego budzić głęboki niesmak. Jedyne co osiągnęła to - jak już wspomniałem - ustawienie się w jednej linii z aferzystką Blidą i pociągnięcie za sobą w te skojarzenia Platformy Obywatelskiej. Na koniec pojawia się wezwanie do "słusznego" głosowanie w nadchodzących wyborach, co raczej już nie pozostawia wątpliwości, że występuje ona z inspiracji niedawnych kolegów partyjnych. Po wygłoszeniu wezwania posłanka teatralnie słabnie (kreacja na słabą perfidnie wykorzystaną kobietę). Łatwo zgadnąć, że posłanka - choć politycznie spalona - ma jeszcze o co walczyć, koledzy raczej łagodnie ją potraktują, jeśli dojdą do rządów. Słusznie skomentował to wystąpienie premier: "Bronienie się przez używanie płaczącej kobiety jest niegodne, jest podłe." Najśmieszniejsze jest to, że LiD w kontekście tej afery ustawia się jako jedyny sprawiedliwy, który zlikwiduje CBA i będzie mądrze walczył z korupcją w miarę możliwości. Aleksander Kwaśniewski powiedział, że treść ujawnionych przez CBA nagrań to "afera Rywina do kwadratu", a PO nie powinna moralizować i wypominać afer z czasów SLD, bo ma korupcję we własnych szeregach. Komentator z GW dramatycznie oświadcza: "Mam nadzieję, że ten człowiek, który rozpracowywał Sawicką, oglądał to wystąpienie", sugerując, że rozsądny obserwator może nabrać się na ogrom cynizmu zaprezentowany przez posłankę. Na pewno takiej naiwności nie spodziewałbym się po pracownikach CBA. Tylko ktoś szczególnie naiwny i bez żadnej świadomości dotyczącej specyfiki pracy w służbach może sądzić, że zawodowiec może mieć w takiej sytuacji wyrzuty sumienia. CBA należy się szacunek chociażby ze względu na niezwykły profesjonalizm i stworzenie nadziei na uwolnienie Polski od plagi korupcji, układów i układzików. Taka nowa nieuwikłana służba była bezwzględnie potrzebna, szkoda byłoby, gdyby nowa władza miała zepsuć ten kierunek działań naszego państwa.

16.10.2007, 16:49:29

UE wybiera w Polsce

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Europa oczekuje od Polaków takiego wyniku wyborów, który umożliwi rządy koalicji PO-LiD. Jest obecnie wiele haseł, które mają "bezstronnie" zachęcać do wyborów, ale w podtekście sugerują, żeby nie głosować na PiS, np. "Głosuj, póki jeszcze możesz". Słuchając głosów dochodzących z UE, wypada się z tym hasłem zgodzić w tym sensie, że UE najwyraźniej już teraz ma zamiar wpłynąć na wynik naszych wyborów. UE wyraźnie określa swoje oczekiwania dotyczące wyniku wyborów 21.10.07 w Polsce. Obawiam się, że UE po prostu kompletnie nie rozumie natury Polaków. Bowiem gdyby chcieli, żeby PiS przegrał, powinni wszelkimi siłami wywierać na Polaków presję, żeby głosowali na PiS, grożąc np. wykluczeniem z UE w przeciwnym wypadku.

Europa czeka na porażkę Prawa i Sprawiedliwości, donoszą tytuły prasowe. Po piątkowej debacie komentatorzy większości europejskich gazet nie kryją zadowolenia z sukcesu lidera PO. Niemiecki "Die Welt" opisuje z zadowoleniem, jak Tusk "przycisnął szefa partii rządzącej precyzyjnymi pytaniami i łagodnym uśmiechem". W innych gazetach również ukazały się entuzjastyczne relacje z debaty. Zdaniem niemieckiego "Frankfurter Allgemeine Zeitung" sojusz PO-LiD byłby "jakościowym skokiem". "Luxemburger Wort" pisze w komentarzu, że Europa tylko czeka na porażkę Kaczyńskich i bez żalu pożegna się z "hamulcowymi". Aleksander Kwaśniewski prosił o wsparcie na łamach niemieckiego "Vanity Fair", a Bronisław Geremek w Parlamencie Europejskim i wsparcie otrzymują. Tylko jakoś nie chce mi się wierzyć, że za darmo...

Wybierać w Polsce próbują też iraccy bojownicy. Nasilają się ataki na polskich przedstawicieli i żołnierzy w Iraku. Wczoraj ostrzelano bazę w Diwanii z moździerzy i karabinów maszynowych, ostrzelany został również polski śmigłowiec. Dwa szyickie ugrupowania wydały oświadczenie, w którym przyznały się do niedawnego zamachu na polskiego ambasadora w Bagdadzie i kolejnych, choć wg MON te ugrupowania nie miały takich możliwości. W oświadczeniu grożą następnymi zamachami, jeśli Polska nie wycofa wojska z Iraku.

Ja osobiście nie zamierzam głosować ani zgodnie z życzeniem unijnych polityków czy dziennikarzy, ani irackich bojowników. W tych czasach Polska potrzebuje silnego i charyzmatycznego przywódcy. Nie Kwaśniewskiego, którego interesują głównie balangi. Nie Tuska, który ma jakąś huśtawkę nastrojów, a nie umie określić się, z kim i jak będzie rządził. Dzisiaj jedynym przywódcą, który wie czego chce i twardo do tego dąży jest Jarosław Kaczyński.

16.10.2007, 11:51:27

Debaty polityczne

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Debaty wprowadziły dużo emocji do życia politycznego, zapewne zwiększą frekwencję wyborczą, słowa uznania dla wszystkich polityków, którzy podjęli wyzwanie. Nie mam im za złe drobnych potknięć, czy chwil w których emocje brały górę. Dzięki temu można było zobaczyć ich bardziej ludzkie oblicze. Zawiodła formuła - zbyt sztywna, redaktorzy - zagęszczający atmosferę, pokrzykujący na polityków, jakby to jeden czy drugi redaktorzyna był tam najważniejszy. Zawiodła publiczność jednego polityka - Donalda Tuska. Myślę, że wyborcy źle ocenią ten faul, co na przyszłość polepszy standard takich spotkań.

W dwóch moich dotychczasowych wpisach dotyczących debat (Debata, Krajobraz po drugiej debacie) skupiłem się na formie, pomijając zupełnie treść, może dlatego, że założenia programowe poszczególnych partii znam i tak. Dla szczegółowej analizy warto ściągnąć sobie nagrania debat, chętnie zająłbym się taką analizą, jednak brak czasu. Korzystając z tego, że niektórzy napracowali się nad analizą merytoryczną, podaję przynajmniej linki do ciekawych omówień wszystkich debat. Można w nich znaleźć wiele celnych spostrzeżeń.

1. Kaczyński - Kwaśniewski

01.10.07 (pn), g. 20:00
lsr: Kaczyński vs Kwaśniewski, czyli w oczekiwaniu na...
aciddrinker: Debata zakończona, na punkty wygrał Kaczyński

2. Kaczyński - Tusk

12.10.07 (pt), g. 20:00
lsr: Tusk vs Kaczyński
lsr: O debacie Tusk - Kaczyński raz jeszcze...
aciddrinker: Tusk - Kaczyński: debata na szczycie zakończyła się remisem
Prawy Prosty: Tusk socjotechnicznie, Kaczyński merytorycznie
Prawy Prosty: Chamstwo i wodolejstwo jednak przegrały
Do kwadratu: Tusk i jego ferajna

3. Kwaśniewski - Tusk

15.10.07 (pn), g. 20:00
lsr: Kwaśniewski vs Tusk
aciddrinker: Postkomunista vs. pseudoliberał - wygrana na punkty Kwaśniewskiego
Do kwadratu: Olek kontra Donek
"Pan z cegłą": Mały Krętacz vs. Sepleniący Krętacz

Liberał walczy o państwo opiekuńcze

Bronisław Wildstein w "Rzeczpospolitej" głośno stawia pytanie, które coraz częściej pojawia się w związku z programową miałkością PO i liberalizmem, którym Donald Tusk czaruje część elektoratu, a któremu zaprzecza na potrzeby innej części elektoratu.

Wiem, że debaty wyborcze w małym stopniu są zderzeniem racji, a w większym - zabiegami o sympatię odbiorców. Rozumiem więc, że Donald Tusk zamiast obrony gospodarki liberalnej jako modelu optymalnego, posłużył się zgrabnym bon motem o Polakach, którzy wybierają liberalizm, emigrując do Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Rozumiem również, dlaczego unikał dyskusji o reformie systemu opiekuńczego. Trudno mi jednak zaakceptować jego krytykę blokowania przez premiera Karty praw podstawowych. Zawarte w niej uprawnienia socjalne prowadzą do narzucenia Europie socjaldemokratycznego modelu państwa opiekuńczego. Próba wprowadzenia tylnymi drzwiami tego dokumentu (został on odrzucony wraz z projektem konstytucji dla Europy) wpisuje się w niepokojącą tendencję gremiów decyzyjnych współczesnej Unii dążących do narzucenia środkami prawnymi rozwiązań, które powinny pozostać domeną demokratycznych wyborów. Jest to więc również daleko idące ograniczenie demokracji. Z perspektywy gospodarczego liberalizmu dokument ten jest skandalem. Nieprzypadkowo został zakwestionowany przez Anglię właśnie. Kaczyński mógłby to podnieść, zamiast tego powiedział, że w tej mierze polskie zapisy są lepsze, czym mógł wzbudzić dreszcz grozy. Zdumiewające było stwierdzenie Tuska, że Karta "zapewniałaby" Polakom wysoki standard życia. Dowiedzieliśmy się więc, że poziom życia budowany jest przez prawne zapisy. Fakt, że wzmiankowane instytucje głoszą takie nonsensy, nie dziwi. Zaskakuje, że powtarza je polityk, który wydaje się cechować gospodarczym rozsądkiem.

Opinie na forach internetowych

Niereprezentatywny wybór komentarzy na różnych forach dotyczących ostatnich debat. Zauważalna jest tendencja wzrostowa komentarzy negatywnych dla PO.

Jarek wie, co mówi, Donio mówi co "wie" (ze trzy kartki na pamięć), a dalej... lepiej nie mówić.

Zanim wsiądziesz do windy, sprawdź, czy tam nie ma Tuska. Skąd można wiedzieć, co potem nagada???

Tusk od miesięcy powołuje się na irlandzki cud. A tu nagle okazuje się, że tak naprawdę, to on nie wie na czym ten cud polega i nie wie nawet, jakie są w Irlandii podatki, a są one nawet trochę wyższe niż u nas. Totalna kompromitacja.

I znów ktoś podłożył świnię Tusku z tym zakładaniem działalności gospodarczej. On zna sie tylko na fundacjach dla dzieci i ile z tego wyciągnąć.

Donald Tusk wstydzi się profesora Religi, a nie wie, co napisał w swoim programie wyborczym o prywatyzacji szpitali!

Tuskowi się oberwało od przyszłego koalicjanta. Widać kto będzie rządził, jak LiD-PO dojdzie do władzy. Nie dajmy się zwariować.

Tusk dobry tylko w tym, co przećwiczył przed lustrem! Pajac, nie polityk! Poglądy? A jakie sobie państwo życzą?

Druga Japonia Wałęsy, druga Irlandia Tuska. Tanie chwyty. Mam nadzieję, że Polaków nie zawiedzie rozsądek i pokażą Tuskowi, podobnie jak 2 lata temu, gdzie jego miejsce. Platforma to nie jest zła partia. Ale wódz fatalny.

Według mnie, Tuska na silę kreuje się jako jakiegoś wielkiego męża stanu, polityka ponadprzeciętnego. W rzeczywistości to cienias, który przegrał merytorycznie i z Kaczyńskim, i z Kwaśniewskim. Takie trala la la, ble ble ble, żałosne. Taki słaby bokser, który klinczuje, fauluje, bo brak mu silnego ciosu. Za duża oprawa medialna jak dla takiego zawodnika. Powinien debatować z Giertychem i Millerem.

Tusk orientuje się bardzo dobrze w cenach żywności, procedurze zakładania małej firmy oraz jest dobrym kierowcą. Powinien zatem kierować straganem na bazarze. Jeśli powierzymy mu zadanie kierowania państwem to może to się źle skończyć.

O dziwo to Tusk wypadł przy Kwachu jak mały krętacz. Jego poglądy na niektóre tematy zmieniły się w ciągu soboty i niedzieli o 180 stopni w porównaniu do debaty z Kaczorem. Tusk unikał konkretnych odpowiedzi na pytania i pod nieobecność dresiarzy sam przeszkadzał Kwasowi, nie zważając na upomnienia dziennikarki, która momentami nie panowała nad porządkiem dyskusji. Tusk udowodnił że jest krętaczem, prostakiem i chamem.

Zwycięzca skompromitował się niewiedzą nt. systemu podatkowego Irlandii - tej Irlandii, którą chce u nas zbudować po wyborach. Zwycięzca poległ na własnym programie (jego nieznajomości) - prywatyzacja szpitali. Zwycięzca rakiem wycofywał się z "cebulowej sztuczki" po tym jak obśmiał go przeciwnik i nawiązał do jego porażki w wyborach prezydenckich. Zwycięzca poległ powołując się na swoje europejskie znajomości. Tusk był zdenerwowany, chamowaty i totalnie niekompetentny. Media powinny dzisiaj wrzeć - zamiast tego mamy zmowę ślepców, którzy próbują opinii publicznej wmówić zwycięzcę. Zwróćcie uwagę na komentarze swoich czytelników.

Nie wydaje mi się by pan Tusk kiedykolwiek posiadał gospodarczy rozsądek. Jest słabym choć sprytnym politykiem, który dzięki sprzyjającym okolicznościom dotarł do punktu, w którym się dziś znajduje. Głosowałem na PO, lecz czołowi politycy tej formacji robią wszystko by zniechęcić do siebie wielu wyborców. Pan Tusk jest napastliwy, wyraźnie robi wszystko aby uniknąć odpowiedzi na pytania, a gdy emocje zaczynają nad nim górować próbuje się uśmiechać, ale robi to jakoś sztucznie, jakby z wysiłkiem. Ogólnie wydaje mi się, że jego zachowanie jest niepokojące, choć robi wszystko aby ukryć wewnętrzne napięcie. By wygrać wybory pan Tusk zaczyna kręcić i już nie wie czy jest liberałem czy raczej liberałem miłosiernym, dlatego tak duża troska o budżetówkę czy o ceny produktów spożywczych, choć przecież ceny dyktuje rynek, o co sam zabiegał przez cały okres swojej kariery politycznej. A gdzie program? Oj, chyba PIS ma racje, że PO nie ma programu, albo nie chce go ujawnić, by - jak to powiedział pan Komorowski - pozostawić sobie jak największą zdolność koalicyjną.

15.10.2007, 14:01:59

Michnik chce odzyskać Polskę

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Bronisław Geremek zapowiedział w Gdańsku, że LiD gotowy jest zawrzeć po wyborach koalicję z PO. PO tonuje: Poczekajmy na wynik wyborów.

Zawiązanie LiD jest świadectwem idei "Solidarności" - mówił Geremek. - Przedstawiam w Gdańsku świetną drużynę, która w ramach LiD będzie się starała, by Polska miała sprawny rząd. Dla dobra Polski jesteśmy w stanie rządzić z Platformą. Politycy LiD mają nadzieję, że zaplanowana na dzisiejszy wieczór debata Aleksandra Kwaśniewskiego z przewodniczącym PO Donaldem Tuskiem doprowadzi do zbliżenia obu ugrupowań. - Chcielibyśmy, aby debata Kwaśniewskiego z Tuskiem pokazała to, co łączy, a nie dzieli. - zaznaczył Geremek. Platforma odpowiada, że chce współrządzić ze swoim strategicznym partnerem, jakim jest PSL.

Jak wspominałem wcześniej, zapowiedzi koalicji z PO-PSL, zwłaszcza pompatyczne frazesy o strategicznym partnerze są niewiarygodne, wręcz śmieszne. Przypomina deklaracje wykształciuchów, którzy mówią, że będą głosować na PSL, podając najbardziej akrobatyczne uzasadnienia: a to kojarząc PSL ze słynną "siłą spokoju" Mazowieckiego, do której wielu wykształciuchów ma niesłabnący sentyment, podoba im się, że PSL nie wchodzi w spory, "może z każdym", tak jakby polityka polegała na braku konfliktów; a to kojarząc PSL z nowoczesną technologią za sprawą "polskiego Billa Gates'a" oraz informatycznych zdolności samego prezesa Waldemara Pawlaka ("pracował jako nauczyciel podstaw obsługi komputera w szkole podstawowej w Pacynie" czytamy w Wikipedii, dodajmy, że w tamtych czasach w szkolnych pracowniach używało się głównie ZX Spectrum i jego klonów); a to głosząc zalety chłopskich korzeni tej partii, o których coraz mniej ludzi pamięta - nagle wykształciuchy zapragnęły oddać swój głos chłopom w trosce o to, aby mieli oni swoją reprezentację w parlamencie (pogląd Leszka Kołakowskiego). Jak widać argumenty za PSL-em są tak kuriozalne i niepolityczne, że tylko działacze PSL mogą je zrozumieć (dla nich to kwestia bytu) i bardziej wyrafinowani intelektualnie przedstawiciele klasy wykształciuchów. Osobiście należę, do tej grupy, która uważa, że nagłaśniane medialnie sondaże są elementem manipulowania opinią publiczną; jeśli chodzi o PSL, to - wbrew podawanym wynikom - nie ma ono szans na przekroczenie progu wyborczego. Tak samo nie wierzę w bajki polityków PO, którzy głoszą obecnie wszem i wobec pragnienie koalicji z PSL-em - jest to klasyczny wybieg, będący w istocie unikiem przed kłopotliwymi pytaniami o PO-LiD. Dziennikarze, którzy gremialnie wspierają PO-LiD, nie drążą tematu i kampania wyborcza się kręci, a PO-LiD jest coraz bliżej. Szef GW, czyli w istocie organu LiD, gazety, która wszystkimi piórami walczy o PO-LiD, Adam Michnik napisał dzisiaj artykuł, w którym wylewa kałużę jadu na polityków PiS, labiedzi nad stanem Polski, wzywa do zmian i kończy z nadzieją: "Teraz nadszedł moment, by odzyskać Polskę". Panie Michnik, szczerze Panu życzę, żebyś Pan już nigdy nie odzyskał Polski.

Polecam kapitalny fragment z bloga Marlowe, który wyjaśnia mi mentalność głosujących na LiD z przyczyn ideowych, wyborców nienależących do tzw. twardego elektoratu, czyli beneficjentów starego systemu. Uzasadnienie jest tak wiarygodne jak wesołe. Z rozmów wiem, że wiele osób w różnym wieku tak właśnie myśli i dobrze to pokazuje, czym jest dzisiaj lewica, jaka mentalność buduje jej zaplecze społeczne. Jeśli LiD wróci do władzy dzięki głosom tak myślących wyborców, to z pokorą przyjmę demokratyczny werdykt - trzeba żyć w kraju takim, jakiego Polacy sobie życzą albo wyjechać, co też zapewne uczynię.
Nie mniej jednak, trzeba oddać sprawiedliwość SLD. Odniosę się do Terry'ego Pratchetta, kto czytał będzie wiedział o czym mowa, kto nie czytał też - z kontekstu. Otóż w milionowym mieście Ankh-Morpork działają różne gildie, wśród nich gildia złodziei. Działalność gildii złodziei jest legalna i uregulowana prawnie. Na każdego obywatela przypada rocznie pewna suma, z której może być okradziony. Członkowie gildii wystawiają pokwitowania. Można na przykład na początku roku dać się obrabować z należnej sumy i mieć rok spokoju. Gildia złodziei za to zajmuje się dodatkowo likwidowaniem nielicencjonowanych złodziei, przez co życie w mieście jest bardziej bezpieczne. Członkowie Gildii Złodziei już dawno zrozumieli, że lepiej ukraść kawałek tortu i pozwalać na jego rozrost, przez co następny kawałek będzie większy, niż zabrać cały tort i zabić piekarza, a w następnym roku głodować. Mniej więcej tak wyglądały rządy SLD. Kradli, owszem, ale reformowali ten kraj. Im zawdzięczamy członkostwo w UE i NATO, dopłaty, rozwój gospodarczy, nawet F-16. Panowie z SLD wiedzieli, że dzięki reformom będzie można ukraść więcej, ale wszyscy na tym skorzystaliśmy. Podsumowując, prędzej zagłosowałbym na gospodarczo liberalną SLD niż socjalistyczny, lewicowy PiS.

14.10.2007, 11:33:22

Koalicja

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Jak powiedzieć i jednocześnie nie powiedzieć o planach dotyczących koalicji, która będzie po wyborach? Najlepiej kręcić jak długo się da... Tak, aby wyborcy myśleli, że wszystko wiedzą, a potem okaże się, że mieliśmy na myśli co innego, nigdy nie zaprzeczaliśmy itp. Wszak my nie kłamiemy, to tylko "oni" kłamią.

Najwygodniej wziąć jakąś małą a przede wszystkim niekontrowersyjną partię jako wymówkę. PO przyjęło taką wygodną taktykę, aby odczepić się od nich z tymi koalicjami. Partią-wymówką jest PSL (nie to, że jest niekontrowersyjna, ale o kontrowersjach już wszyscy zapomnieli, a tv nie jest od tego, żeby "bzdury" przypominać). Tyle, że to niczego nie wyjaśnia. Wyborcy chcieliby realnej wiedzy na temat możliwych koalicji. Realnie patrząc, najbardziej prawdopodobny jest dzisiaj PO-LiD. Ze względu na strach przed utratą głosów wyborców obie z tych 2 partii nie mówią tego wprost, ale sygnałów, że do niego dojdzie było bardzo wiele. Wbrew niektórym deklaracjom partie te są zaskakująco bliskie programowo. Zamiast zastanawiać się skąd taka bliskość między partiami o różnych rodowodach, można zrobić bardzo prosty praktyczny eksperyment. Wystarczy przejrzeć wyniki ankiety zwanej "Kompasem Wyborczym" zamieszczonej na WP, które w ostatnich dniach zamieściło sporo ludzi na Joggerze. Zazwyczaj ankietowani potwierdzali, że wynik pokrywa się z rzeczywistymi sympatiami politycznymi. Wyniki procentowe pokazywały najczęściej PiS i LiD po przeciwnych stronach. Ten, kto miał najwyższy współczynnik zgodności poglądów z PiS miał zwykle jednocześnie najmniejszy z LiD i na odwrót. Z drugiej strony - co ciekawe i dość zaskakujące - poglądy bliskie LiD były zazwyczaj jednocześnie bliskie PO. Nie jest więc do końca tak, jak często powtarza się w medialnych komentarzach, że PO to PiS-bis. Żeby zrozumieć, dlaczego w tej sytuacji LiD i PO nie zdecydowały się na współpracę jeszcze przed wyborami (słynna sprawa konstruktywnego wotum nieufności i rządu technicznego), należałoby zgłębić trochę historię zaczynając od "transformacji ustrojowej" 1989. Historia tłumaczy, dlaczego dużej części ludzi, nawet o poglądach lewicowych, trudno zdecydować się na poparcie dla LiD. Głosy właśnie tych ludzi mógłby stracić Tusk, gdyby powiedział o koalicji przed wyborami. To o ich głosy słusznie zabiega Kaczyński, gdy tak wyraźnie domaga się deklaracji dotyczącej powyborczej koalicji od PO. Ciekawa jest linia ewolucyjna LiD, którą przedstawiam w uproszczeniu łącznie z hipotetycznym ciągiem dalszym:
  ROAD -> UD (+ KLD) -> UW -> PD
  PZPR -> SdRP -> SLD (+ PD) -> LiD (+ PO) -> PO-LiD
W LiD główną siłą są ludzie i układy przeniesione jeszcze z PZPR. Biorąc pod uwagę, że była to w PRL jedyna siła polityczna trzymająca społeczeństwo w posłuszeństwie za pomocą milicji i wojska, trudno dziwić się, że do dziś jest to bardzo wpływowa siła polityczna, nieporównanie bardziej wpływowa niż wynikałoby to z realnego poparcia społecznego. Siły wywodzące się z PZPR są tam dominujące, natomiast pozostałe są raczej kwiatkiem do kożucha, pozwalającym reklamować LiD jako wspaniałą partię jednoczącą ludzi ponad podziałami. Podobnie wyłącznie medialnym posunięciem było głośne odsunięcie z LiD takich ludzi jak Leszek Miller czy Józef Oleksy, co u niezorientowanych ma robić wrażenie zrywania związków z PZPR. W tej sytuacji PiS pozostaje jedyną realną siłą mogącą przeciwstawić się powrotowi do władzy starych układów. Aby tak się stało, musi mieć jednak większość bezwzględną w wyniku najbliższych wyborów. Z powodów, które wyżej przedstawiłem, Tusk unika uczciwego postawienia sprawy PO-LiD-u. Przypadkiem jednak jasno określił plany polityczne w wywiadzie udzielonym Piotrowi Najsztubowi, "Przekrój", na który powołuje się czasem Kaczyński, żeby wykazać, iż wbrew stosowanym unikom PO-LiD jest planowany a Tusk powiedział o tym wprost. Wynikało to z całego wywiadu, ale myślę, że chodziło o konkretną wypowiedź, którą przytaczam:
DT: Dziś wiem, że wyniki wyborów odsuną PiS od władzy.
PN: Skąd pan to wie?
DT: Wiem.
PN: Pan Bóg to panu powiedział? Sondaże wskazują na inną tendencję. PiS rośnie, wy stoicie w miejscu.
DT: Ale jeśli PiS nie uzyska połowy mandatów, to straci władzę.
Logika jest nieubłagana - z tego, co Tusk tu powiedział wynika, że nawet, gdy PiS wygra, to on będzie starał się stworzyć koalicję anty-PiS. Realnym wyjściem będzie wtedy LiD, a nie partia-wymówka PSL (prędzej powstanie PO-LiD-PSL).

Sygnałów nadchodzącego PO-LiD-u jest znacznie więcej, najbardziej oczywisty spośród nich to już świetnie funkcjonująca współpraca samorządowa mająca miejsce od wyborów samorządowych 2006 (także wcześniej, ale na mniejszą skalę). PO mając w wielu miejscach wybór między PO-PiS a PO-LiD wybierała PO-LiD. Koalicja PO-PSL, na którą chętnie powołują się działacze PO leży raczej w sferze pobożnych życzeń. Najbardziej spektakularne przykłady tej tendencji to region Warszawy, gdzie pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz powstaje nowy-stary układ warszawski oraz region Krakowa, gdzie powstał układ krakowski, co stało się bezpośrednią przyczyną odejścia Jana Rokity. Wniosek jest taki, że wybory samorządowe 2006 i ich efekty mogą być dla części wyborców ważną przesłanką przy podejmowaniu decyzji w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

PO-LiD w Warszawie

Zwiastun filmu "Nocna zmiana". Jego obejrzenie w całości wyjaśnia rolę różnych ludzi w dzisiejszym życiu publicznym, nawet zwiastun może być dla niektórych zaskakujący. Zwraca uwagę zmiana stron przez Stefana Niesiołowskiego (smutne). M.in. za ten film Jacek Kurski jest tak tępiony dzisiaj przez pewne środowiska - ujawnił bowiem sprawy, które nigdy nie miały zostać ujawnione

Nawiązując do piątkowej debaty Kaczyński-Tusk, warto przekonać się, dlaczego Tusk sprowadził tę swoją hołotę do studia i zobaczyć jak czuje się bez wsparcia, gdy trzeba stanąć do debaty stricte merytorycznej. Tak naprawdę Tusk dobry jest tylko w protekcjonalnym traktowaniu przeciwnika ("proszę się nie lękać, pytanie nie jest przesadnie trudne...") i recytowaniu starannie przygotowanych wcześniej (zapewne przez sztabowców) kwestii, bardzo żałosny typ... Na poniższym klipie widać jak został rozgromiony przez Lecha Kaczyńskiego w czasie debaty przed wyborami prezydenckimi 2005

Nie rozumiem czasem dlaczego duża część społeczności internetowej jest tak zapatrzona w Janusza Korwin-Mikkego, a jednocześnie dała się zmanipulować mediom i antypisowskiej retoryce. Jest jasne, że wnikając w wybrane sprawy ideowe znajdziemy różnice między PiS a UPR. Warto jednak bliżej przyjrzeć się wypowiedziom JKM porozrzucanym w Internecie. Tworzenie opozycji między liberalnymi UPR i PO a socjalnym PiS jest pozbawione podstaw poza topniejącym wyłącznie werbalnym liberalizmem PO. JKM uważa, że PO jest przynajmniej w tym samym stopniu "socjalistyczne", co PiS (dodam, że debata Kaczyński-Tusk, pomijając skandaliczne zachowanie jednej strony, bezwzględnie obnażyła ten fałszywy liberalizm Tuska, tylko jeden liberalny akcent ze strony Tuska tam się pojawił, a i tak, jak dla mnie, niewiarygodny). JKM posiada też wiedzę o Układzie, w którym kluczową rolę odgrywało byłe WSI. Wszystkie tv są, jego zdaniem, manipulowane, jedyne miejsce, gdzie można upowszechnić i zdobyć trochę niezależnych informacji to Internet, ale zablokowanie takich informacji w Internecie jest tylko kwestią czasu, nastąpi to, gdy tylko antysystemowe informacje staną się bardziej popularne wśród ludzi. Jarosława Kaczyńskiego uważa za świetnego taktyka, który bardzo zręcznie rozgrywa siły związane z Układem, zawierając taktyczne sojusze, ale obawia się, iż może on polec przez wdanie się w wojnę ze zbyt wieloma wrogami. 08.06.07 w WPtv ukazał się wywiad z JKM w cyklu "Przy piwie", w którym prowadzący powiedział m.in. "jesteśmy w telewizji internetowej, nikt nas nie będzie cenzurował" i wywiad ten ocenzurowano! Świętą krową okazał się Adam Michnik, wycięto fragment mniej więcej taki: "ten spokojny, wesoły chłopiec, kiedy siedział w esbeckim więzieniu, zobaczył, ilu jego kolegów współpracuje ze służbami i zrobiło mu się przykro". Łatwo zgadnąć, że koledzy "współpracujący", to dzisiaj część koalicji LiD o korzeniach "opozycyjnych". Problem w tym, że PO powstawało m.in. przez transfery z UW, ciekawe, ilu takich współpracujących kolegów przeszło również do PO. Powyższe informacje dają pewne pojęcie, skąd tyle zamieszania wokół lustracji, a szczególnie dlaczego GW jest tak zajadłym wrogiem lustracji. Co prawda w swoim środowisku politycy, co do większości przypadków uwikłania, są już pewni lub prawie pewni, ale możliwe, że zostały jeszcze jakieś dobrze zakonspirowane jednostki, poza tym należałoby publicznie postawić kropkę nad i. Wiem, że JKM ma własne plany związane z wejściem do Sejmu, ale osobiście uważam, że najbliżej mu będzie do współpracy właśnie z PiS-em. W dostępnych materiałach JKM demaskuje porażkę prywatyzacji w polskim wykonaniu, a pamiętamy jak chwalą ją przeciwnicy PiS-u, demaskuje też Krauzego jako agenta służb, a przecież nitki afery, która doprowadziła do upadku koalicję rządzącą prowadzą właśnie do Krauzego... Nawet jak na Internet, zaskakująco dużo JKM powiedział w serii wywiadów dla BankierTV, absolutnie nie ma szans, żeby coś takiego poszło w tv. Zainteresowanym polecam obejrzenie, póki ten materiał jeszcze tam wisi. Jak wspominałem, zdaniem JKM, zablokowanie tego typu informacji w Internecie jest kwestią czasu.

13.10.2007, 08:26:22

Krajobraz po drugiej debacie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Swego czasu, komentując sytuację przed pierwszą debatą (Kaczyński-Kwaśniewski), napisałem i obszernie uzasadniłem, że debaty liderów partii są bardzo pożądanym elementem życia publicznego (Debata). Fatalne wrażenia po obejrzeniu drugiej debaty (Kaczyński-Tusk) nie zmieniają tego przekonania. I szkoda, że w krótkiej kampanii nie zmieści się tych debat więcej. Po drugiej debacie postanowiłem dokonać małego podsumowania.

Uwagi ogólne

Jako zwolennik debat muszę powiedzieć, że mam złe zdanie o traktowaniu ich w kategoriach walki bokserskiej z całą terminologią walki, punktowania, nokautu itp., dlatego że przeczy to idei debaty i szkodzi jej przebiegowi. W poręcznym, niewyszukanym intelektualnie formacie sportowego wyniku ginie bowiem to, za co właśnie debaty cenię, czyli starcie dwóch wizji rządzenia państwem, zawierające choćby elementy merytoryczne, pozostaje tylko pewna zagregowana ocena siły osobowości. Analiza debat i związanych z nimi sondaży mogłaby być bardzo interesującym zajęciem, tematem różnych "okołodebatowych" audycji. Jednak spłycenie wszelkich dociekań do pytania "kto wygrał?" niewątpliwie psuje całą intelektualną zabawę. Tym bardziej, że odpowiedzi na tak postawione pytanie nie da się interpretować w oderwaniu od sympatii politycznych - zwykle (choć nie zawsze!) każdy typuje swojego faworyta na zwycięzcę. Piszę to wszystko bez hipokryzji. Gdybym musiał obiektywnie określić zwycięzców, to obie dotychczasowe debaty oceniłbym jako zremisowane (choć z różnych przyczyn). Jeśli z kolei porównamy jakość samych debat, to pierwsza była o klasę lepsza. Moja opinia jest tu sprzeczna z tym, co mówią mądrale z tv - że pierwsza była źle przygotowana, nudna, a druga była ekscytująca. To niesamowite, że po pierwszej debacie padło tyle słów krytyki na temat samej formuły debaty, w końcu formułę pozostawiono z minimalnymi zmianami, a wyszło znacznie gorzej. Przejdźmy do poszczególnych debat. Wszyscy trzej uczestnicy są w przybliżeniu z jednego pokolenia, należą do 50-latków: Jarosław Kaczyński (58), Aleksander Kwaśniewski (53), Donald Tusk (50).

Pierwsza debata: Jarosław Kaczyński - Aleksander Kwaśniewski

W pierwszej debacie ostro starły się dwie wizje Polski nazwane umownie III RP i IV RP. Mimo wzajemnych docinków oraz tego, że AK w nielicznych momentach się zapomniał - obaj przeciwnicy okazali się godnymi siebie oponentami wysokiej klasy. Sztywna formuła programu była chwilami z humorem łamana przez AK, ale ogólnie wymiana zdań była czytelna i dość ożywiona. Paradoksalnie czarny PR stworzony przez media JK ułatwił mu zadanie, gdyż swoją zwyczajną osobowością - nieagresywną i nie pozbawioną ciętego dowcipu oraz autoironii - z łatwością przełamał niekorzystne stereotypy, a to pozwoliło mu wypaść ogólnie lepiej od oczekiwań. Plusem było, że wbrew oczekiwaniom (zwłaszcza przeciwników) JK świadomie nie nawiązywał do tak oczywistych wpadek AK jak słynne już "niedyspozycje", wtedy jeszcze tylko w Charkowie i Kijowie, choć słusznie wypomniał wpadki polityczne jak ułaskawienia kolesi i kontrowersyjny wywiad dla niemieckiego "Vanity Fair". Pozwoliło to skupić się na wymianie argumentów merytorycznych, a w tym jednak JK czuje się chyba najlepiej.

Druga debata: Jarosław Kaczyński - Donald Tusk

W drugiej debacie bardzo zawiodła formuła, choć pozornie była ona zbliżona do pierwszej debaty. Redaktorzy tym razem bezwzględnie, bez elementarnej elastyczności, wręcz zagęszczając atmosferę, trzymali się ram czasowych, przerywając uczestnikom w pół zdania, nie pozwalając na dokończenie pytania lub zagadując końcowe frazy. Już to rwało logikę wywodów, a nie był to jedyny czynnik utrudniający sensowną dyskusję; zawiodła też publiczność jednej strony. Publiczność przyprowadzona przez DT fatalnie o nim świadczy, agresywne, typowe raczej dla szalikowców zachowania kompletnie nie przystawały do rangi uczestniczących w debacie polityków, a także do kulturalnej publiczności JK; publiczność DT skandalicznym zachowaniem popsuła atmosferę wydarzenia medialnego wysokiej rangi i ostro zaniżyła poziom debaty, jej sprowadzenie było ewidentnym faux-pas ze strony DT (lub jego sztabu). Zachowanie publiczności DT było obliczone na zepsucie wypowiedzi JK - wycie, rechot, skandowanie, pokrzykiwania, wchodzenie w słowo - momentami JK był zmuszony odpowiadać publiczności zamiast DT, pod koniec zakrzyczany został nawet prowadzący redaktor. Patrząc z drugiej strony, każe się to zastanowić, czy DT boi się występować honorowo i godnie, bez tak niskich zagrań, bez dopingu. Ten doping dyskwalifikujący DT jako człowieka honorowego powinien stać się jednym z głównych elementów oceny tej debaty. Myślę, że nikt - łącznie z organizatorami - nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, w tej sytuacji należy bezwzględnie zrezygnować z publiczności w ewentualnych kolejnych debatach i myślę, że tak się stanie. Chyba, że debaty mają stać się "bijatykami" na okrzyki między publicznościami, w których właściwi uczestnicy chwilami dochodzą do głosu - do tego mogłaby doprowadzić eskalacja idąca w tym kierunku.

Jeśli chodzi o samych przeciwników, to do tej debaty nieoczekiwanie idealnie pasuje porównanie wymyślone przez Lecha Wałęsę w odniesieniu do pierwszej debaty: "na jednym boisku walczono w nogę i hokeja". DT zachowywał się sztucznie, w zaprogramowany sposób, nie wyszedł poza bardzo schematyczne zarzuty do PiS-u i JK przypominające często listy zarzutów krążące po Internecie. Dodatkowo miał przygotowany zestaw złośliwości, które również nic nie wniosły do debaty programowej. Zachowywał się agresywnie i wojowniczo, ale nawet w takiej stylistyce wyraźnym zgrzytem była niesympatyczna i nie nosząca znamion prawdy historyjka o pistolecie wyciągniętym w windzie przez JK; wyglądało to jak przemyślane wcześniej, chamskie wykorzystanie okazji do zrobienia przeciwnikowi czarnego PR, choć trudno powiedzieć, ale może takim postępowaniem zaszkodził bardziej sobie niż JK. W tej debacie DT skorzystał z efektu przełamania negatywnego stereotypu dokładnie na tej samej zasadzie, co JK w pierwszej debacie. Otóż w poprzedzających debatę słownych zaczepkach DT wypadał blado, nieprzekonująco, momentami wręcz dziecinnie i został mocno przeczołgany przez poniżających go JK i AK. W debacie wszedł w rolę ostrego wojownika i to - przy unikającym z jakiś przyczyn ripost JK - pozwoliło mu wypaść powyżej oczekiwań. Możliwe, iż niski poziom ataków przeciwnika wspomaganego publicznością spowodował, iż JK na ogół rezygnował z podejmowania słownych przepychanek, zamiast tego zwracał się ze swoim merytorycznym przekazem do kamery, czyli wprost do widzów i to był dobry pomysł w tej sytuacji. Stąd moje skojarzenie ze wspomnianym porównaniem Wałęsy o zawodnikach, którzy grają w różne gry. Problem polega na tym, że cały - zapewne wcześniej starannie przemyślany - wizerunek fightera stojącego na czele watahy szalikowców dodał do wizerunku DT ikry i uratował go w oczach twardych antykaczystów, dla których DT ostatnio tracił na wiarygodności, ale mógł trafić w próżnię, jeśli chodzi o spodziewany przez wyborców wizerunek lidera zwycięskiej partii, potencjalnego premiera średniego kraju. Media będą, co prawda, teraz zachwycać się "odmienionym" Tuskiem. Może nawet opinia sondażowa pokaże wygraną Tuska. Jednak opinia publiczna, która wynik debaty oceni na korzyść Tuska może, paradoksalnie, podejmując decyzję wyborczą, poprzeć Kaczyńskiego. Przy podejmowaniu decyzji wyborczej będzie bowiem bardziej liczył się wizerunek wodza twardego, lecz nie zniżającego się do poziomu pokrzykującej hołoty, z którą mimowolnie utożsamił się Tusk. Te metody wzięte z podwórka czy ustawki po stronie DT, argumenty rodem z internetowych łańcuszków, sportowe gesty spodobają się najbardziej młodzieży tak mniej więcej do początkowych lat studiów - to jest ich język, styl zachowań korespondujący z ich światem, w ten styl wpisuje się również powierzchowność DT; trudno jednak sobie wyobrazić, żeby od dziś w ten sposób miały wyglądać poważne debaty polityczne. Być może JK świadomie zrezygnował z wchodzenia na ten teren, aby nie obniżać swojego wizerunku męża stanu, człowieka na co dzień podejmującego decyzje wielkiej wagi, jak również pełniącego najbardziej reprezentacyjne funkcje poza Prezydentem RP. Wchodząc na teren DT zapewne i tak nie przekonałby młodych nabuzowanych antykaczyzmem pistoletów, takich, na jakiego kreował się w tej debacie DT, a straciłby część powagi, jaką daje mu dotychczasowa droga polityczna, a zwłaszcza sprawowany od roku urząd premiera. Ludzie, którzy zaczęli obracać się w środowisku naukowym, chociażby przez zbieranie materiałów do pracy dyplomowej, seminaria dyplomowe, czy wreszcie obronę pracy magisterskiej, zaczynają trochę inaczej patrzeć na pewne sprawy i do nich styl DT zaprezentowany w tej debacie na ogół raczej nie trafi. Poważni zwolennicy PO będą tym stylem raczej zażenowani mimo mediów, które z pewnością zaczną zaraz głosić chwałę DT. Warto jednak zwrócić uwagę, że jeśli ktoś mówi o wygranej DT, to raczej jest to wygrana lidera szalikowców, na dodatek walczącego metodą kopania po kostkach. JK wygrał jako poważny polityk, a jeśli właściwie ocenimy fakt, iż nie dał się sprowokować do brzydkich fauli, to można powiedzieć o moralnym zwycięstwie.

12.10.2007, 14:19:26

9 dni do wyborów 2007

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Niniejszy wpis jest swego rodzaju apendyksem do poprzedniego (10 dni do wyborów 2007). Zawiera kilka uzupełniających informacji, materiałów oraz klipy (niestety, krótkie) wyszukane w niezawodnym YouTube. Tematy to "mordobicie" w Platformie Obywatelskiej w kwietniu 2006 oraz "niedyspozycja" byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na konwencji LiD w Szczecinie 09.10.07 (wt) i jej konsekwencje. Pamiętajmy, że nadużywanie alkoholu może być przyczyną groźnych infekcji rzadkimi filipińskimi chorobami wirusowymi :-)

Wróćmy do sytuacji w Platformie Obywatelskiej w kwietniu 2006. Paweł Piskorski jest na zesłaniu w Parlamencie Europejskim jako eurodeputowany, ale już od stycznia 2006 piskorczycy z powrotem przejęli kontrolę nad warszawską strukturą PO. 22.02.06 w wywiadzie dla dziennika "Nowy Dzień" Tusk powiedział: "Gdyby władzę w Platformie miał przejąć - jak chcą media - duet Bronisław Komorowski i Paweł Piskorski nie byłaby to ofensywna zmiana dla naszej partii. Dlatego wydaje mi się, że konkurencja wewnątrz PO nie wysadzi mnie z siodła, choć oczywiście wszystko jest możliwe. Nie wykluczam niespodzianek." Prawdziwą burzę wywołał wybór Łukasza Abgarowicza na nowego szefa mazowieckiej PO na zjeździe regionu 22.04.06 (so) zamiast namaszczonej przez Donalda Tuska Hanny Gronkiewicz-Waltz. Frakcja przeciwna zareagowała inspirując uderzenie "Dziennika" w Pawła Piskorskiego 26.04.06 (śr), w rezultacie którego władze partii wyrzuciły eurodeputowanego-leśnika bez prawa odwołania od tej decyzji. Kilka godzin po usunięciu Piskorskiego ludzie Donalda Tuska wparowali do warszawskiego biura Platformy. Głównodowodzącym nalotu był Paweł Graś, poseł PO. Zażądali wydania wszystkich dokumentów ze zjazdu regionu. Część skserowali na miejscu, a część w ogóle wynieśli – relacjonuje jeden z pracowników siedziby PO. To początek końca warszawskiej Platformy. – powiedział Jan Artymowski, numer jeden na czarnej liście osób do wycięcia, przygotowanej przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. Splądrowanie warszawskiej siedziby było elementem nacisku na Łukasza Abgarowicza, aby ustąpił dobrowolnie - w dokumentach zawsze można znaleźć jakiś kruczek, aby unieważnić zjazd. 28.04.06 (pt) Abgarowicz został wezwany na dywanik przez Donalda Tuska. Po godzinnej rozmowie bez zająknienia podał się do dymisji. Nieoficjalnie wiadomo, że szef Platformy postawił mu ultimatum: jeśli nie odejdziesz sam, to my unieważnimy zjazd regionu. W ten sposób Tusk zapewnił sobie jednomyślność przy reelekcji na przewodniczącego PO na majowym zjeździe partii. Jednocześnie dał piskorczykom szansę przejścia na swoją stronę, aby nie tracić doświadczonych i wpływowych działaczy, a szczególnie posłów, potrzebnych do walki z PiS-em w Sejmie. Po kilku nerwowych ruchach ze strony pokonanych piskorczyków pacyfikacja skończyła się na usunięciu z partii przez Zarząd Krajowy PO oprócz Piskorskiego jeszcze dziesięciu członków warszawskiej struktury. Hanna Gronkiewicz-Waltz, która - wbrew pierwotnej koncepcji - nie poradziła sobie samodzielnie z uporządkowaniem warszawskiej struktury PO powiedziała: "Piskorski i jego ludzie byli jak odradzająca się głowa hydry. Jego wyrzucenie to bardzo dobre posunięcie." Skruszony Abgarowicz został i - jak wiadomo - obecnie kandyduje z listy PO do Senatu. Mimo, iż Gronkiewicz-Waltz dostała pomoc od kierownictwa partii, a potem została prezydentem Warszawy i zastosowała rozdawnictwo posad na niespotykaną wcześniej skalę, o czym pisała nawet GW Stołeczna, wiele wskazuje na to, że nadal nie radzi sobie z zachowaniem kontroli nad warszawską PO, a jeśli nowi ludzie, którzy przyszli razem z nią będą dogadywać się z dawnymi piskorczykami, to zdanie o głowie hydry może okazać się znowu na czasie.

Fragmenty wywiadu Donalda Tuska dla Moniki Olejnik, Radio Zet, 27.04.06 (podkreślenia - H.):
MO: Platforma zdecydowała się wyrzucić Pawła Piskorskiego, dlaczego dopiero teraz?
DT: Lepiej późno niż wcale.
MO: Ale ja poważnie pytam.
DT: Ale ja poważnie odpowiadam. (...) To śledztwo, o którym mówię, sprzed kilku lat, nie przyniosło żadnego efektu, poza poczuciem niesmaku, że coś nie gra.
MO: I dlatego go wysłano do Brukseli.
DT: Tak. I dlatego Paweł Piskorski został odsunięty od polityki, chociaż nie miałem, tak jak i inni, możliwości udokumentowania jakichkolwiek – w cudzysłowie – "zbrodni" Piskorskiego. (...) Ja nie jestem i wczoraj nie byłem w stanie rozstrzygnąć, niczym sąd, czy prokurator, czy Paweł Piskorski jest winny jakimś wykroczeniom.
MO: I czy to prawda, że nie miał pieniędzy, żeby kupić. Nie wiadomo skąd wziął pieniądze na kupno działki, na zalesienie itd., co opisał "Dziennik".
DT: Tak. Nie jestem tego w stanie sprawdzić, podobnie jak pani i podobnie jak – niestety – wymiar sprawiedliwości. Mogę natomiast, jako szef partii, powiedzieć: Dosyć, panu już dziękujemy. To mogłem zrobić i to zrobiłem. Jeśli za późno, będę sam za to płacił cenę.
MO: Paweł Piskorski mówi, że pan się zmienił, że ma pan zacięte usta, że Platforma będzie mu się teraz kojarzyła z krzykliwa Julią Piterą, z panem, który ochrania Grzegorza Schetynę, a tu tymczasem zajmuje się nim.
DT: To fakt. Kiedy po raz kolejny Paweł Piskorski "wrócił na wokandę" opinii publicznej, to miałem zaciśnięte usta. Wolałbym, żeby takiej złej i przesadnie stanowczej mojej twarzy zbyt często państwo nie musieli oglądać, ale w tej sytuacji rzeczywiście zacisnąłem zęby.
MO: Nie boi się pan zemsty Pawła Piskorskiego, bo być może on coś wie o różnych rzeczach w Platformie?
DT: Gdybym miał tego typu obawy, to bym takiej decyzji nie podejmował.
MO: Czy to będzie koniec układu warszawskiego? Czy ta wczorajsza decyzja również oznacza, że zostaną zmienione władze partii mazowieckie?
DT: Najprawdopodobniej tak, a moją intencją jest, żeby ta decyzja przyspieszyła ten proces przebudowany Platformy warszawskiej. Na pewno przed wyborami samorządowymi będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć państwu: "Warto głosować na Platformę w Warszawie." (...)
MO: A ja tak się zastanawiam, dlaczego dopiero po publikacji "Dziennika" to nastąpiło, bo przecież pamiętamy niejasne historie giełdowe pana Piskorskiego, historie, jak spotykał chłopa z workiem, a ten chłop miał w worku rękopisy. W ogóle pan Paweł Piskorski miał takie szczęście antykwaryczne i to w tedy się państwu nie wydawało dziwne. Mówił pan, że sprawdzał pan i okazało się, że nie ma żadnych niejasności finansowych i tu pan Piskorski ma racje, bo nikt się go nie zapytał, czy on miał pieniądze na to ziemie i skąd on wziął pieniądze.
DT: Ale jest coś takiego jak przebranie się miarki. Ja mówię o tym celowo i w pełni świadomie, ja tą decyzją nie rozstrzygam, czy Paweł Piskorski wydaje na zalesianie tych terenów uczciwie zarobione pieniądze, czy nie. Ja nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć. Ja jedno mogę rozstrzygnąć, ja tę decyzję mogłem podjąć. Paweł Piskorski nie przynosi pożytku w działalności publicznej. Każdy moment jest zły i dobry dla tego typu decyzji, ale z całą pewnością perspektywa wyborów samorządowych, a więc perspektywa odrodzenia się tego układu, który dla jednych był sprawnym układem, dla innych układem nieuczciwym, mówię o tzw. "układzie warszawskim", groźba odrodzenia się tego stylu działania samorządowego, i to w dodatku poprzez Platformę, była głównym powodem dlaczego ja tą decyzję podjąłem, a nie publikacja w sprawie lasów. (...)
MO: Dobrze, ale niech pan mi spojrzy prosto w oczy, czy naprawdę gdyby nie ta leśna publikacja, to by pan Paweł Piskorski został wyrzucony?
DT: Ja nie znałem treści tej publikacji przed jej opublikowaniem i informowałem moich najbliższych współpracowników w Platformie, że taką decyzję mam zamiar podjąć. Ale takie gdybanie...

Piskorski dla ŻW 28.04.06: "Będę niezależnym posłem do Parlamentu Europejskiego. Zastanowię się, co robić dalej." ŻW spekuluje, że Piskorski i kilkuset jego zwolenników z PO myślą o założeniu nowej partii. Piskorski: "To będzie skandal, jeśli duża grupa ludzi zostanie przekreślona tylko dlatego, że ktoś palcem wskaże, iż ktoś inny jest ze mną w jakiś sposób związany. Takie zachowanie nie pozostawi złudzeń, że z PO dzieje się źle. I przyjdzie czas na konkretne posunięcia."

Paweł Piskorski odpiera zarzuty w wywiadzie dla Moniki Olejnik, Prosto w oczy, TVP1

Słynny film Jana Artymowskiego ze zjazdu PO 05.2006 wykonany ukrytą kamerą, właściwie nie wymaga komentarza...

Znalazłem klipy, niestety fragmentaryczne, związane z "niedyspozycją" Aleksandra Kwaśniewskiego na konwencji LiD w Szczecinie 09.10.07. Całe przemówienie wraz z reakcjami publiczności miało swoisty styl, rytm oraz wywoływało wrażenie pewnego zaklętego kręgu, z którego nie mogą się wyrwać uczestnicy tego wydarzenia. Fragmenty zdecydowanie nie oddają tego swoistego smaku. Następnego dnia Kwaśniewski tłumaczył się zażywaniem silnych leków i ciężką chorobą przywleczoną z Filipin, gdzie przebywał kilka miesięcy wcześniej. Historyjka jest jakby wyciągnięta z jakieś kiepskiej komedii. Zamęczanie opinii publicznej tymi krętactwami jest oczywiście znacznie gorsze i bardziej żenujące niż sam problem alkoholowy byłego prezydenta. Co gorsza, mętnymi i niepoważnymi wykrętami Kwaśniewski na własne życzenie sprowadził sobie na głowę następny kłopot. Tropikalną chorobą zainteresował się Sanepid. Główny Inspektor Sanitarny Andrzej Wojtyła zadecydował, że ta sprawa zostanie zbadana. Sam Kwaśniewski i jego ludzie uważają, że to decyzja polityczna, krzywdząca dla LiD. Zdaniem Julii Pitery z PO to lekarz byłego prezydenta złamał prawo (przepisy epidemiologiczne). Dziennikarze ustalili, że w przypadku Filipin wchodzą w grę takie choroby jak malaria, żółta gorączka (żółta febra), japońskie zapalenie mózgu. Moim zdaniem nie ma powodu, aby nie przestrzegać procedur dotyczących chorób tropikalnych, zwłaszcza że chodzi tu o potencjalne zagrożenie epidemiologiczne. Dopiero gdyby okazało się, że wszelkie procedury związane z leczeniem takich chorób zostały w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego zachowane, można będzie powiedzieć, że Sanepid był w tej sprawie nadgorliwy. Z drugiej strony wiadomo, że byli funkcjonariusze WSI mają z PiS-em trochę rachunków do wyrównania, więc wykazanie stosownej dokumentacji medycznej może nie stanowić dla Kwaśniewskiego większego problemu. Formalnie Sanepid sprawdzi, czy zostały zastosowane procedury dotyczące leczenia chorób zakaźnych, czy nie ma zagrożenia dla ludzi, którzy stykają się z Kwaśniewskim, w razie potrzeby może zarządzić kwarantannę. Istotne jest, czy lekarz pierwszego kontaktu lub lekarz, który stwierdził i leczy chorobę zakaźną, zgłosił ten fakt do odpowiedniego rejestru (zakładam, że Inspektor sprawdził stosowne rejestry, nim podjął działania). Jeśli Sanepid stwierdzi nieprawidłowości w tym zakresie, konsekwencje służbowe może ponieść lekarz, który zaniechał wymaganego przepisami zgłoszenia.

Cała sprawa będzie miała, jak zwykle zresztą, charakter pewnej przepychanki, próby sił. Na szczęście jest demokracja i wyborcy zadecydują, jakich ludzi wolą mieć w swoim kraju u władzy. W tej sprawie jak zwykle zdania będą podzielone. Jedni będą narzekać, że państwo "niszczy" przeciwników politycznych; inni będą zadowoleni, że państwo wykonuje swoje obowiązki związane z bezpieczeństwem obywateli, nie ulegając presji nawet tak wpływowych polityków jak były prezydent. Znacznie gorsze wrażenie sprawiła dzisiejsza reakcja polityków LiD-u. W momencie, gdy opinia publiczna oczekiwałaby zapewne, jeśli nie przeprosin za niegodne zachowania byłego prezydenta, to przynajmniej trochę pokory, Wojciech Olejniczak z pasją atakował Sanepid: "Ci ludzie za swoją nieodpowiedzialność powinni natychmiast odejść ze swojego stanowiska. Po wyborach, gdy wejdziemy do rządu, dopilnujemy, aby takie osoby jak Wojtyła natychmiast straciły pracę." Na pytania dziennikarzy o nadużywanie alkoholu przez Kwaśniewskiego Wojciech Olejniczak i Jerzy Szmajdziński zareagowali nerwowo i agresywnie. Zażądali od pytającego dziennikarza, aby najpierw dowiedział się, czy Jarosław Kaczyński zażywa narkotyki. To już nie pierwszy raz przed tymi wyborami, gdy LiD idzie w ostre starcie z urzędującą władzą. Straszenie konsekwencjami urzędników wykonujących swoją pracę oraz pogróżki odnoszące się do najwyższych władz padły już z ust Szmajdzińskiego na początku września 2007 i były związane z próbą obalenia rządu przy udziale byłego ministra Janusza Kaczmarka. Do takich kroków nie posuwa się PO, która jest teoretycznie silniejszą partią od LiD i wszystko wskazuje na to, że ta różnica nadal odzwierciedla rzeczywiste poparcie społeczne tych partii. Myślę, że LiD z jednej strony daje sygnały siły i wezwania do lojalności skierowane do struktur administracyjnych, które uważa jeszcze za swoje, choć jest to coraz bardziej życzeniowe myślenie. Nie należy jednak ich wpływów lekceważyć - PO-LiD może wbrew arytmetyce okazać się koalicją, w której realną władzę będzie sprawował LiD. Wtedy będzie bardzo prawdopodobne, że rzeczywiście wyciągnie konsekwencje względem nielojalnych urzędników i błyskawicznie odbuduje wpływy w państwie, które uważa za swoją własność. Myślę, że ta agresywna demonstracja siły jest poniekąd konieczna dla twardego elektoratu, dla wyborców, którzy właśnie zastanawiają się, czy warto jeszcze inwestować w stare układy, czy one nie uległy już czasem erozji. Główną siłą LiD-u jest przecież twardy elektorat, o czym świadczy jego odporność na wyczyny głównego lidera. Dla tej niewielkiej części elektoratu, która popiera lewicę bardziej ze względów ideowych, ostatnie wydarzenia w LiD mogą być jednak nie do przyjęcia.

Opinie ekspertów z TVN24 (niedokładne cytaty). Sławomir Sowiński, politolog: "Mamy do czynienia z nieudanym powrotem Aleksandra Kwaśniewskiego jako opatrznościowego wodza lewicy." Eryk Mistewicz, politolog: "Powinien zwrócić się do rodaków o pomoc w uporaniu się z tą straszną chorobą, która mu się przytrafiła; powiedzieć, że ma problem i poprosić, żeby wspólnie pomóc mu w rozwiązaniu problemu; szczerość w kampanii wyborczej się opłaca. Mógłby wtedy wykorzystać swoje problemy w hasłach takich jak np. Na trzeźwo nie da się żyć w kraju rządzonym przez braci. Powinien wycofać się z dalszych debat. W debacie z Tuskiem powinien go zastąpić Wojciech Olejniczak, a z Kaczyńskim - Marek Borowski." Krzysztof Wielecki, politolog: "Choroba jest silniejsza od Aleksandra Kwaśniewskiego, ale LiD nie ma kogoś, kto mógłby go zastąpić. Wojciech Olejniczak nie ma takiej gładkości, gdy występuje w mediach, podczas gdy Aleksander Kwaśniewski był dziennikarzem, całe dorosłe życie często występował publicznie. Trudno cokolwiek radzić LiD-owi, bo nie jest to zręczna sytuacja, jednak nie wpłynie ona na wynik wyborczy."

Ciekawsze fragmenty przemówienia Aleksandra Kwaśniewskiego

Fragment "Wiadomości", w tym odpowiedzi na pytania dziennikarzy po kontrowersyjnym przemówieniu

Fragment "Wiadomości" z krótkim reportażem następnego dnia po incydencie. Jest tu m.in. tłumaczenie Kwaśniewskiego podane następnego dnia mówiące o egzotycznej chorobie, którym Kwaśniewski sprowadził na siebie nowe kłopoty

11.10.2007, 17:59:43

10 dni do wyborów 2007

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Od początku kampanii wyborczej zwraca uwagę perfekcyjne przygotowanie PiS oraz nieudolność PO jako największej partii opozycyjnej. Druga partia opozycyjna czyli LiD postawiła na lidera, który kompromituje się dosłownie raz za razem. Wyborcy muszą zmierzyć się z bardzo poważnym dylematem. Od dwóch latach salon całą mocą swoich autorytetów najpierw przekonywał, że PiS nie może rządzić mimo wygranych wyborów, a potem, że rządy PiS doprowadziły nasz kraj na skraj katastrofy. Twierdzeniom o zbliżającej się katastrofie przeczy codzienne doświadczenie. Co gorsza, partie, które miały tak dobrze rządzić, nie umieją nawet wygenerować w miarę sensownego, przekonującego przekazu do wyborców, i to mając na swoje usługi przyjazne im media. Partia rządząca dla odmiany radzi sobie z przekazem wyborczym perfekcyjnie. Dylemat wyborcy polega na tym, że po dwóch latach uporczywej reklamy PO i LiD-u, mógłby on zapewne nawet uwierzyć we wspaniałość tych partii, lecz partie te najwyraźniej nie umieją wyciągnąć ręki po sukces podany im na tacy, a wyborca musi nabrać poważnych wątpliwości, co do tego, czy tak nieudolni ludzie mogą być poważnymi kandydatami do sprawowania rządów w niemałym państwie, przed którym jest jeszcze wiele wyzwań.

Czarne barwy kampanii PO

Gdy w połowie września 2007 rozkręcała się kampania wyborcza, PO była po zagraniu nie fair z niepodpisanymi billboardami mającymi sugestywnie pokazać PiS dosłownie i w przenośni w czarnych barwach - agresja, pogarda, oszczerstwa. Właśnie wtedy zaprezentowała na konferencji prasowej odsłonę rzekomo pozytywnego etapu swojej kampanii wyborczej (Trzy po trzy czyli kampania wyborcza). Mimo zapowiedzianej kampanii pozytywnej później ukazał się jeszcze skrajnie agresywny spot walący znienacka w Prezydenta RP. Długo oczekiwany aspekt pozytywny w kampanii PO pojawił się dopiero 05.10.07, teraz Platforma zapewnia, że... za jej rządów w Polsce zdarzy się cud. Dokładnie aktualne hasło Platformy brzmi: "Polska zasługuje na cud gospodarczy". Niestety, w spocie 'Cud gospodarczy' nie udało się uciec od ponurych skojarzeń związanych tym razem ze śmiertelnymi wypadkami na drogach. Ten cmentarny efekt dodatkowo pogłębił się, przesłaniając pozytywne aspekty, gdy tematem medialnym - znowu wbrew intencjom PO - stał się zapowiedziany przez PiS proces w trybie wyborczym związany z zawyżeniem liczby zabitych na drogach podanej przez PO w swoim spocie (Wypadki i polityka).

Układy z udziałem PO-LiD-u i konflikty w PO

Nie pomagają Platformie wewnętrzne konflikty. PO od samego początku nie ma szczęścia do warszawskich struktur, które na początku były zdominowane przez Pawła Piskorskiego, prezydenta Warszawy w latach 1999-2002 wysuniętego przez UW. Piskorski stał na czele grupy samorządowców z UW tworzących w Warszawie od 1994 koalicję SLD-UW znaną pod nazwą układu warszawskiego, członkowie jego grupy do dziś nazywani są potocznie piskorczykami. Układ warszawski znany był z korupcji, a jednym z jej bardziej spektakularnych przejawów jest kuriozalny tunel wzdłuż Wisły, nad którym jest łąka (to część tzw. afery mostowej), tunel przypomniany przez PiS w spocie pt. "Salon". W czasie swojej kadencji prezydenta Warszawy Piskorski wraz ze swoją frakcją odszedł z UW i został szefem warszawskiej struktury tworzącej się platformy Płażyński-Olechowski-Tusk, czyli Platformy Obywatelskiej. Po przejściu dotychczasowa koalicja SLD-UW w Warszawie została automatycznie zastąpiona przez koalicję SLD-PO. W latach 2001-2004 Piskorski pełnił w PO ważne funkcje, kolejno wiceprzewodniczącego i sekretarza generalnego (obecnie tę funkcję pełni Grzegorz Schetyna), był bliskim współpracownikiem Donalda Tuska. Grupa samorządowców PO w Warszawie, piskorczyków - mimo licznych zarzutów prasowych - latami była nietykalna. W latach 2002-2005 prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński, który z jednej strony doprowadził do koalicji PO-PiS w Warszawie, a z drugiej strony wyciągał konsekwencje wobec tych piskorczyków, którym udało się udowodnić afery oraz powiązanych z nimi biznesmenów, na skutek tych działań koalicja rozpadła się w 2004. "PiS zachował się jak skorpion, omamił przeciwnika i niespodziewanie ukąsił" - mówił anonimowy informator GW. W latach 2005-2006 miała miejsce stopniowa likwidacja wpływów Piskorskiego w PO, zakończona medialnymi doniesieniami o aferze z jego udziałem. 26.04.06 z PO wykluczono Piskorskiego oraz 10 jego współpracowników, zarówno informacje o aferze jak i wykluczenie z PO były efektem walki o władzę w PO między Pawłem Piskorskim a Donaldem Tuskiem. Dziś dawni piskorczycy nadal są w grze, zwłaszcza ci, którzy okazali lojalność Tuskowi. Sam Paweł Piskorski jest od 2004 eurodeputowanym. Łukasz Abgarowicz (przewodniczący lub członek wielu rad nadzorczych, m.in. Dom Development 1999-2002) kandyduje do Senatu z listy PO w Warszawie. Na liście kandydatów do Sejmu w Warszawie nr 1 to oczywiście Donald Tusk. Nr 2 to Małgorzata Kidawa-Błońska (współwłaściciel Gambit Production Sp. z o.o.), nr 3 to Andrzej Halicki (dyrektor i współudziałowiec GGK Public Relations). Kidawa-Błońska i Halicki za plecami Hanny Gronkiewicz-Waltz starają się odbudować siłę dawnych piskorczyków. Halicki ma duży wpływ na obecną politykę kadrową ratusza i pod bokiem HGW buduje sobie wierną kadrę, która ma ambicje sprawowania faktycznych rządów w mieście. Tymczasem 01.10.07 z PO rozstał się dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas (doktorat w USA u Zbigniewa Brzezińskiego), doradca PO ds. międzynarodowych, w wyborach lokalnych do Sejmiku Województwa Mazowieckiego uzyskał największe poparcie w swoim okręgu, miał kandydować na senatora i być przeciwwagą dla podejrzewanego o udział w aferach piskorczyka Łukasza Abgarowicza. Kostrzewa-Zorbas: "Jestem końcową ofiarą intryg wewnątrz sztabu wyborczego. Odpowiedzialnych za kampanię działaczy pozwę do sądu." Jest przekonany, że złośliwość sztabu wynika z jego składu. Szefem w okręgu podwarszawskim jest Andrzej Szklarski, który do Platformy wszedł z grupą byłych polityków AWS. "Tych ludzi ściągnął do partii Piskorski. Odpłacali mu się pełnym posłuszeństwem. Dlatego poparli piskorczyka". Jeden z warszawskich polityków PiS o liberalnych zbliżonych do PO poglądach stwierdził, że wybrał PiS, bo nie chce mieć do czynienia z takim towarzystwem jak warszawska PO (użył bardziej dosadnego słowa). Kolejny konflikt - tym razem komiczny - wyszedł na jaw 08.10.07, gdy okazało się, że stołeczni kandydaci PO do Sejmu rozpoczęli wielkie wymazywanie Warszawy ze swoich billboardów. Małgorzata Kidawa-Błońska planowała umieścić na swoich plakatach hasło "W Warszawie od pokoleń" (tak jak w poprzednich wyborach). Andrzej Halicki umieścił na swoich 60 billboardach hasło "warszawiak na 100 procent", ale podobno ma wydrukowaną rezerwową wersję bez tego hasła. W sztabie wyborczym PO zawrzało, ponieważ hasła te odebrano jako aluzje do niewarszawskiego pochodzenia Tuska, który pochodzi z Gdańska, lecz startuje w stolicy. Kandydaci z dalszych miejsc podporządkowali się poleceniom, choć nieoficjalnie uznali, że taka interpretacja ich haseł jest wyolbrzymiona, ocierająca się wręcz o śmieszność. W świetle podanych wyżej faktów, trudno dziwić się, że poparcie dla PO nawet w stolicy - mieście wykształciuchów - maleje. A to podgrzewa napiętą atmosferę w sztabie wyborczym PO i prowadzi do dalszych konfliktów.

Jan Rokita, który w 2003 przyczynił się do spektakularnego wzrostu notowań PO, miał być jedną z twarzy kampanii wyborczej. Rokita w ciągu dwóch lat od porażki wyborczej PO w 2005 wytrzymał wiele poniżeń ze strony pozostałych liderów. Twardo postawił się w ostatnich dniach przed kampanią wyborczą, kiedy otwarcie zadeklarował, że nie będzie firmował tzw. układu krakowskiego, czyli samorządowej koalicji PO-LiD w Krakowie związanej wspólnymi interesami kierowanej przez Jacka Majchrowskiego, prezydenta Krakowa wysuniętego przez SLD; zdaniem Rokity w Krakowie tworzy się układ krakowski na wzór układu warszawskiego ("Myślę, że powinniśmy skończyć ten program"). Rokita jednak nie posiadał już realnych wpływów, na skutek tej marginalizacji w końcu honorowo zrezygnował z uczestniczenia w wyborach. PO musiała drukować nowe billboardy, a media miały temat na kilka dni, politycy PO próbowali zneutralizować negatywny efekt poprzez atak na żonę Jana Rokity - Nelly Rokitę, atak dość brutalny i - trzeba to przyznać - łatwo podchwycony przez wykształciuchów. Teraz czołówka PO stanowiąca medialny wizerunek partii to przewodniczący Donald Tusk, wiceprzewodniczący Bronisław Komorowski, Hanna Gronkiewicz-Waltz oraz znani członkowie Julia Pitera, Radosław Sikorski. Niezbyt dobrze świadczy o PO los tzw. trzech tenorów - założycieli tej partii. Bardziej prawicowy z tenorów - Maciej Płażyński - zdecydował się na start do Sejmu z listy PiS (Został tylko Tusk), a bardziej lewicowy z tenorów - Andrzej Olechowski - nie startuje, ale zdecydował się udzielić poparcia kandydatowi LiD do Senatu Robertowi Smoktunowiczowi, który zresztą również odszedł z PO. Pozostał tylko jeden lider - miałki programowo, desperacko głodny sukcesu Donald Tusk otoczony gronem zauszników, postaci mało wyrazistych, ale wiernych, zwanych dworem Tuska. Donald Tusk wraz ze swoim dworem bezwzględnie wycięli konkurencję do przywództwa w partii, zapobiegli możliwemu rozpadowi PO, ale z drugiej strony sprawili, że duża formacja polityczna, w której budowę zaangażowało się mnóstwo działaczy, może pójść na dno razem z kiepskim liderem.

Debaty liderów

Rysunek satyryczny - debata Kaczyński-Kwaśniewski
Mimo prób zaklinania rzeczywistości, nawet przeciwnicy PiS muszą uczciwie przyznać, że wyniki pierwszej debaty Kaczyński-Kwaśniewski 01.10.07 były korzystne dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Sukces można zmierzyć różnicą w wynikach sondaży przed debatą dotyczących spodziewanego zwycięzcy i po debacie dotyczących wskazania faktycznego zwycięzcy - jest tu wyraźna zmiana na korzyść Kaczyńskiego, takie porównanie można interpretować poniekąd jako przesunięcie w sympatiach opinii publicznej. Do tego dochodzą komentarze ekspertów, którzy przyznają zwycięstwo Kaczyńskiemu (przyznał to nawet bardzo nieprzychylny dla Kaczyńskich Tomasz Lis). Czarny PR, który miał pogrążyć Jarosława Kaczyńskiego, w debacie zadziałał paradoksalnie na jego korzyść. Wokół takich postaci opozycji jak Kwaśniewski czy Tusk dość długo budowano jak najlepsze stereotypy. Kwaśniewski - pojednawczy, dobra prezencja, obycie na salonach; Tusk - spokojny i rzeczowy profesjonalista. W czasie debaty musi dojść do kontrastowego zestawienia wirtualnego negatywnego obrazu Kaczyńskiego z obrazem widzianym w debacie, w efekcie to przeciwnik wychodzi na pieniacza. Przełamanie negatywnego schematu automatycznie podnosi ocenę Kaczyńskiego, wśród osób, które na co dzień ulegają opiniom dziennikarzy i otoczenia. Przeciwnik Kaczyńskiego ma trudniejsze zadanie, podczas gdy on sam tylko potwierdza kim jest w realu. Ten mechanizm zadziałał w debacie Kaczyński-Kwaśniewski i zadziała znowu w debacie Kaczyński-Tusk. Oglądalność debaty i jej wpływ na poziom poparcia dla PiS zdaje się już nie pozostawiać wątpliwości, mimo rozpaczliwego zaklinania rzeczywistości przez wszelakie autorytety - jaka to nudna i denna debata była. Tusk na początku nastawiony był negatywnie do debat w ogóle, później samozwańczo określił się jako champion, a pierwszą debatę nazwał eliminacjami, champion miał spotkać się tylko z tym, kto przejedzie eliminacje w formie pierwszej debaty. Debata odbyła się, po potwierdzeniu jej ogólnego sukcesu mierzonego ogromną oglądalnością, zaczęły się spekulacje na temat tzw. rewanżu, a Tusk zaczął coraz bardziej rozpaczliwie domagać się w ogóle dopuszczenia do debaty, generował rozmaite pomysły - np. debaty wielostronnej, tłumaczył, że udział w debatach jest "psim obowiązkiem" polityków. Poniżenia dopełnił spot PiS-u 02.10.07: w sztabie Partii Opozycji toczy się smętny dialog - To może nasz lider wystąpi - Przecież nawet do debaty go nie chcą! – ożywiają się sztabowcy rechocząc. W końcu sztab Aleksandra Kwaśniewskiego wyznaczył łaskawie Tuskowi dość odległy termin 15.10.07 (pn) tłumacząc, że do tego czasu Kwaśniewski ma jakieś ważniejsze interesy. Z kolei Kaczyński początkowo domagał się spełnienia wstępnego warunku - aby Tusk zadeklarował, że po wyborach nie wejdzie w koalicję PO-LiD. Po zaczepnych wezwaniach Tuska do debaty odpowiedział jednak 04.10.07: "Pan Donald Tusk koniecznie chce, żeby ta wojna, którą prowadzi ze mną, była że tak powiem wojną bezpośrednią. Skoro tak koniecznie chce tego pojedynku i mi te dwa miecze wysyła, to ja na pewno nie odmówię." Ze względu na małe postępy w dialogu między sztabami PO i PiS i dalsze wezwania Tuska po kilku dniach 09.10.07 (wt) Kaczyński osobiście wyznaczył termin na 12.10.07 (pt). Tuskowi odebrano wszelkie nadzieje na wizerunek championa, który wyznacza innym kolejność i terminy spotkań. To oczywiście drugorzędna sprawa, ale Tusk sam tę retorykę zupełnie niepotrzebnie wprowadził do obiegu i - mimo braku szerszego oddźwięku - uporczywie podtrzymywał. Ostatnią wypowiedź Kaczyńskiego niektórzy komentatorzy natychmiast potraktowali jako brak konsekwencji, przejaw słabości, rysę na wizerunku twardego wodza (chodzi o zrezygnowanie ze wspomnianego wstępnego warunku). Tego typu spekulacje zostały jednak natychmiast przecięte przez elektryzujący news ze sztabu Kwaśniewskiego, pełnomocnik byłego prezydenta Waldemar Dubaniowski powiedział m.in.: "Na 99 procent nie dojdzie do debaty Kwaśniewski-Tusk. Aleksandrowi Kwaśniewskiemu nie odpowiada formuła debaty z liderem PO, zaproponowana przez telewizję. Prezydent Kwaśniewski naprawdę nie musi za wszelką cenę debatować. Tym bardziej, że zapewne jest poważnym faworytem w tej debacie." Odpowiedź Tuska: "Zamelduję się w poniedziałek o 20 w studiu telewizyjnym, bo jestem gotowy na debatę w każdej formule. Apeluję do Aleksandra Kwaśniewskiego, by nie szukał fałszywych pretekstów." Chwilami aż żal Tuska, gdy jest tak czołgany. Ten obfitujący w wydarzenia dzień nie dał jednak wiele czasu na analizy, bo Aleksander Kwaśniewski po raz kolejny miał "niedyspozycję" w czasie przemówienia a zaraz potem Wojciech Olejniczak jako szef sztabu wyborczego LiD zapewnił, że "niezależnie od formuły debata się odbędzie, tak jak zapowiadaliśmy, w poniedziałek o godz. 20." Nikt nie powiedział tego wprost, ale wiele wskazuje na powtórzenie scenariusza ucieczki do przodu przez debatę, zastosowanego wcześniej skutecznie po "niedyspozycji" kijowskiej. Wracając do Donalda Tuska - moim zdaniem od dawna, przynajmniej od podwójnej porażki wyborczej 2005, ma on jakiś problem z sobą. Jednak lepiej podeprę się tu wypowiedzią doświadczonego publicysty, Piotr Semka w TVN24 o zapowiadanej debacie Kaczyński-Tusk: "Dla Donalda Tuska jest to debata ostatniej szansy. Błędem PO było wysunięcie Donalda Tuska na lidera. Mam wrażenie że coś niedobrego dzieje się z Donaldem Tuskiem, że nie ma w nim wiary w zwycięstwo. To są rzeczy trudno definiowalne - błysk w oku, mowa ciała. Jarosław Kaczyński całym swoim zachowaniem zmierza do zwycięstwa."

Lokomotywa wyborcza LiD... zalana?

Aleksander Kwaśniewski został słusznie określony przez Jarosława Kaczyńskiego jako główna twarz III RP, co ważne, sam zainteresowany zgadza się chętnie na taką rolę. Oczywiście jest to znaczne uproszczenie, ale nie pozbawione podstaw. Równie ważny był dla tego - ważnego, ale miejmy nadzieję, zmierzającego ku końcowi - okresu w historii Polski Adam Michnik, wielki przyjaciel Kwaśniewskiego, za jego prezydentury nazwany przez zorientowanych w salonie "wiceprezydentem". Niewątpliwie jednak wizerunkowo ważniejszy jest Kwaśniewski (dobrze zresztą oddaje to określenie "być twarzą"). Przez długi czas media były mocno zaangażowane w tworzenie Kwaśniewskiemu perfekcyjnego wizerunku i ukrywały lub bagatelizowały jego liczne wpadki (Mały krętacz rozwesela świat). Ostatnie wyskoki w aktualnej kampanii wyborczej, która przecież powinna być okresem najwyższej mobilizacji, są jednak przygnębiające (a przynajmniej kłopotliwe) nawet dla zadeklarowanych zwolenników naszej, nieświętej przecież, lewicy. Tym bardziej, że były kampanie wyborcze, dla których Kwaśniewski potrafił schudnąć i wziąć się w garść. Dzisiaj z nieudanych billboardów LiD-u wypływa tłusta i - teraz już nie sposób uciec przed skojarzeniem - zapijaczona gęba lidera, który najwyraźniej dawno powinien być na emeryturze. Najwyższy czas powiedzieć, wbrew poprawności politycznej nakazującej pobłażliwe uśmiechy, że "król jest nagi". I tak właśnie odbieram prostą i przecież nie złośliwą wypowiedź premiera, gdy skonstatował: "Pan Kwaśniewski po raz kolejny był pijany. To jest fakt poza jakąkolwiek dyskusją." Dodajmy, że mówimy tu o konwencji LiD w Szczecinie 09.10.07 (wt), na której Aleksander Kwaśniewski znowu był w stanie określanym eufemistycznie jako "niedyspozycja". Trzeba tu dodać, że nie było tak źle jak poprzednio w Kijowie; pozytywny czy wręcz sympatyczny jest też fakt, iż Kwaśniewski upija się "na wesoło", ale jednak samo to, że prowadzi się tego typu dyskusje jest jednak mocno żenujące. "Lewica i Demokraci przestrzegają! Jarosławie Kaczyński, Lechu Kaczyński, Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie drogą jednej partii. Nie z nami te numery, Ziobro" - ostrzegał z mównicy Kwaśniewski. Po przemówieniu dziennikarze dopytywali Kwaśniewskiego o jego zachowanie: "Czy pan źle się czuje, czy znowu się goleń odezwała, bo tak niektórzy mówią dzisiaj" - "Nie rozumiem pańskiego pytania" - "Czy pan coś dzisiaj pił - alkohol?" - "A na jakiej..., nie, no wie pan, to jest... no nie wiem, jak często pan takie pytania zadaje. No, a jaki jest problem?" Później Kwaśniewski podał wersję, która ma tłumaczyć jego "dziwne" zachowanie zażywaniem bardzo silnych leków. Od kilku miesięcy leczy w ten sposób tropikalną chorobę wirusową, której nabawił się w czasie pobytu na Filipinach. "Czasami człowiek czuje się lepiej, czasami gorzej" - tłumaczył Kwaśniewski. A w uszach brzmią słowa Józefa Oleksego "Oluś zawsze był krętaczem i to małym krętaczem." Politycy LiD przyjmują te tłumaczenia i powtarzają je bez zmrużenia okiem. Roman Giertych, który w tej kampanii wyborczej preferuje styl kabaretowy, powiedział, że były prezydent "czasami podobne głupoty mówi na trzeźwo, jak na bani". Gorzka wypowiedź byłego premiera Leszka Millera, który teraz kandyduje do Sejmu z list Samoobrony, spowodowała, że dziennikarze pytają, czy to już ostateczny koniec "szorstkiej przyjaźni": "Jeżeli nie on, to jego otoczenie powinno sobie dać z tym radę, bo kolejne takie zdjęcia przecież dezawuują nie tylko Aleksandra Kwaśniewskiego. Dezawuują również ten urząd, który jeszcze niedawno pełnił. Byłem z nim w Charkowie, gdzie była podobna sytuacja. Do dzisiaj pamiętam tamte wydarzenia, twarze rodzin katyńskich, które nam towarzyszyły. Wtedy autentycznie się wstydziłem za polskiego prezydenta i nie chciałbym się dalej wstydzić, bo dobrze życzę prezydentowi." Lewicowy aczkolwiek zdystansowany do LiD-u polityk Ryszard Bugaj w TVN24: "Gdybym był szefem kampanii wyborczej lidu to popadłbym w panikę jednakowoż..." Na forach internetowych raczej nikt nie daje wiary bajaniom o filipińskiej chorobie. Znawcy zauważają, że jeśli nie alkohol, to tego typu efekty mogłyby być jedynie skutkiem zażycia silnych środków psychotropowych. Inna sprawa to, że tropikalne choroby wirusowe są bardzo poważne traktowanie przez służby epidemiologiczne, powstaje pytanie, dlaczego Kwaśniewski nie jest odizolowany na oddziale zakaźnym. Wreszcie wraca pytanie o odpowiedzialność Kwaśniewskiego, skoro w Kijowie mimo ciężkiej choroby leczonej bardzo silnymi lekami, pił wino.



Dalej zamieszczam fragmenty artykułów związanych z przebiegiem kampanii wyborczej. W szczególności dają do myślenia artykuły osób zdystansowanych do PiS-u albo wręcz jego przeciwników.

Przyczyny nadchodzącej klęski PO

Rafał Ziemkiewicz, "Rzeczpospolita" 14.09.07 (fragmenty)

Zarówno w mediach, jak i w wypowiedziach wchodzących przecież dopiero w szranki polityków już teraz pojawia się ton przeczuwanej klęski. Już wydają się usprawiedliwiać, że antycypowana klęska nie będzie wynikiem ich nieudolności, tylko stosowania przez przeciwnika nieczystych chwytów. PiS wygra, bo ma w ręku służby specjalne i prokuratury, bo nie ma żadnych skrupułów i zdyskredytuje przeciwników oszczerstwami, bo używa języka nienawiści i odwołuje się populistycznie do najniższych instynktów, wskazując wroga w osobach bogacza i Niemca, bo urządza igrzyska walki z układem. Światu, w którym żyją przywódcy opozycji i redaktorzy, wydawało się oczywiste, że wszyscy PiS nienawidzą, wszyscy się z niego śmieją i tylko czekają, kiedy wreszcie "straszni ludzie" zostaną odsunięci od władzy... A tu nagle staje się całkiem możliwe, że społeczeństwo, by przypomnieć słowa Bronisława Geremka, znowu okaże się nie dorastać do demokracji!

Moja kilkuletnia córeczka czasem, kiedy uważa, że dzieje się jej jakaś straszna krzywda, staje przed lustrem i płacząc rzewnie, podziwia, jak jej z tymi łzami do twarzy, a im bardziej się podziwia, tym bardziej się wzrusza i tym rzewniej płacze. Środowisko, które od pewnego czasu określa się dumnie mianem wykształciuchów i uważa się za jedyną reprezentację polskiej inteligencji, choć dorosłe, zachowuje się podobnie. Uwielbia kontemplować swoje kolejne klęski, wzruszając się, że przegrywa, bo po prostu jest za dobre, zbyt uczciwe, zbyt szlachetne jak na ten ciemny kraj i tak podłych przeciwników. Nieuchronna klęska jest dla niego swoistym powodem do dumy; sukces może odnosić tylko cham ze sztachetą albo nowobogacki cwaniaczek, indywidua godne pogardy - prawdziwy inteligent po prostu musi przegrać. Szczerze mówiąc, jeszcze tydzień temu wydawało mi się oczywiste, że najbliższe wybory wygra PO i stworzy rząd z SLD. Kilka pierwszych dni kampanii przekonało mnie, że wygrana bynajmniej nie jest przesądzona - opozycja może te wybory utopić z powodu własnej nieudolności i oparcia całej strategii na zwykłym chciejstwie. Zwykłym chciejstwem było przekonanie, że wystarczy oskarżyć rząd o afery, pogrozić sejmową komisją śledczą i spiętrzyć w mediach wypowiedzi dyżurnych autorytetów, aby wyborcy odwrócili się od Kaczyńskich tak, jak niegdyś odwrócili się od Millera. Dla przeciętnego Polaka oskarżenie premiera o nadużycie władzy, o złamanie jakiejś tam procedury, nawet uwiarygodnione przez zgodny chór wybitnych profesorów, ma inną zupełnie wagę, niż oskarżenie o finansowe nadużycia i przestępcze powiązania, które symbolizowały sprawy Pęczaka czy aferę starachowicką. W najgorszym razie uzna on, że władza zgrzeszyła nadgorliwością, ale w słusznej sprawie, i łatwo jej to wybaczy.

Dla Polaka, którego szacunek dla prawa zawsze był taki, jaki może być w kraju, gdzie prawo od wieków narzucane było przez okupanta, roztrząsanie, czy prokuratura miała procesowe dowody, czy nie, to zawracanie głowy - on przede wszystkim widzi, że Kaczmarek, przez całą opozycję potraktowany jako źródło najczystszej prawdy, kłamie i kręci, Leppera coś jednak łączyło z oligarchą, a Blida, popełniając samobójstwo, sama przyznała, że powody do jej zatrzymania były, nawet jeśli prokuratura miała akurat tylko przypuszczenia. Potężny atak opozycji idzie więc w pustkę. Co więcej, ów atak opozycję niesamowicie spłaszczył - ustawił w jednym szeregu Tuska z Kwaśniewskim, Wałęsą, Michnikiem, Lepperem i Giertychem, a symbolem wszystkich ich razem wziętych uczynił Kaczmarka, za którym pojawił się cień Krauzego. Trudno o sytuację korzystniejszą dla Kaczyńskiego; w oczach wyborcy stał się on celem powszechnej nagonki. A Polak ma specyficzne poczucie sprawiedliwości, które każe mu się opowiadać po stronie atakowanego przeciwko atakującemu. Mnogość oskarżeń, szyderstw i obelg płynących ze wszystkich stron na PiS skłania go raczej do odruchu przekory. Ten odruch wzmagają dwie ważkie okoliczności. Pierwsza to zacietrzewienie atakujących, ich "małpi rozum" - Polak może by i uwierzył, że Kaczyński nie jest dla Polski dobry, ale gdy słyszy, że przypomina nie tylko Gomułkę, ale także Stalina i Hitlera (a już do takich bredni potrafią się posuwać osoby z profesorskimi tytułami), to prędzej niż o Kaczyńskich zmieni zdanie o autorach tych enuncjacji.

Czasem skłonny jestem uwierzyć w jakiś wszechogarniający spisek Kaczyńskiego, który zdołał umieścić swych dywersantów w sztabach wyborczych przeciwników i redakcjach wrogich im mediów. Kto, na litość boską, wymyślił Platformie te idiotyczne billboardy z bluzgami na PiS? Kto podpuścił ją do całej tej niedorzecznej akcji z odwoływaniem wszystkich ministrów każdego z osobna? Kto podsuwa mędrkom z "Wyborczej" te jawnie propagandowe wstępniaki, tytuły i komentarze, w których kompletnie już zarzucili jakiekolwiek pozory dziennikarskiej rzetelności i bezstronności? Wśród wodzirejów antykaczyńskiego chóru nie brakuje osób na tyle inteligentnych, żeby nie mogły nie czuć, że coś poszło nie tak - że w gruncie rzeczy sytuacja rozwija się po myśli ich wroga, który bynajmniej ani myśli kapitulować (kolejne chciejstwo), tylko rozpoczyna nową bitwę, i to na wybranym przez siebie polu i według korzystnych dla siebie zasad. Nawet jednak jeśli mniej lub bardziej niejasno zdają oni sobie sprawę z popełnionych błędów, nie są w stanie niczego zmienić - raz rozpętaną histerię nie tak łatwo okiełznać, nabiera ona własnej dynamiki i od pewnego momentu nakręca się sama. Pozostaje tylko uderzyć znowu w przećwiczony już kilkakrotnie ton: jeśli przegramy, to dlatego, że jesteśmy na "ten kraj" za dobrzy, zbyt szlachetni i przestrzegamy zbyt pięknych zasad. Niektórzy już zaczęli.

Daniel Passent, blog, 05.10.07

Dziennikarską intuicję Rafała Ziemkiewicza zdają się potwierdzać informacje z pierwszej ręki. Kto jak kto, Daniel Passent na pewno jest dobrym źródłem informacji o nastrojach panujących w salonie. I oto Passent pisze w swoim blogu:
W kołach zbliżonych do salonu panuje przygnębienie w połączeniu z rezygnacją z powodu spodziewanego zwycięstwa wyborczego PiS. "Wszystko im wychodzi", "Nie mają skrupułów", "Biją poniżej pasa", "Ciemny lud to kupuje" - to tylko niektóre zasłyszane opinie.
W dalszej części notki Passent stara się - niezbyt przekonująco - wpłynąć na poprawę tego minorowego nastroju.

Jak zatrzymać PiS?

Andrzej Dryszel, "Przegląd", 02.10.07 (fragmenty, "Przegląd" to tygodnik lewicowy, bardzo krytyczny w stosunku do PiS)

Liderzy PiS potrafią doskonale sterować emocjami, świetnie prowadzą kampanię wyborczą i realizują swą strategię komunikacyjną. Donald Tusk myśli o dwa ruchy do przodu, a Jarosław Kaczyński chyba o dziesięć, zawsze jest w ofensywie, co najmniej o krok naprzód. PO nie umie narzucić własnego kierunku debaty, próbuje jedynie odpowiadać na działania PiS. Marketing polityczny liderów PiS jest niezwykle sprawny. Nowoczesna reklama sprzedaje dziś nie produkty, lecz emocje, uczucia, potrzeby – i oni to właśnie robią. PiS przekazuje sygnał: "walczymy z wrogami narodu" i umie tych wrogów zdefiniować. Po dwóch latach sprawowania władzy poparcie dla PiS praktycznie nie spadło, podczas gdy inne ugrupowania rządzące traciły, i to wyraźnie. Po stronie przeciwników PiS jest zaś wprawdzie zdecydowana większość społeczeństwa, niestety, słaba słabością szefów głównego ugrupowania opozycyjnego. – Widzę głęboką nieporadność opozycji, która nie znalazła sposobu, by mówić o konkretach, a jeśli już, to w sposób mało przekonujący, na zasadzie: "nie ma autostrad", jakby rzeczywiście była to największa wina tego rządu. Ta kampania jest na życzenie i pod dyktando partii rządzącej, coraz większą rolę odgrywa w niej forma, coraz mniejszą treść – mówi Jerzy Głuszyński z Pentora.

Nieudolność kampanii PO

Igor Zalewski, WP, 08.10.07 (fragmenty)

W wypowiedziach PiS na temat Tuska coraz głośniejszy jest ton lekceważenia, a nawet pogardliwej kpiny. Tak było przy okazji debaty, kiedy to szef rządu tłumaczył dlaczego jest sens dyskutować z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale nie przewodniczącym największej partii opozycyjnej. Tusk to postać "mniej zdolna", "pomocnik Kwaśniewskiego", po prostu małpka z która nie ma sensu gadać, bo od tego jest kataryniarz. Ten obraz utrwalają PiS-owskie spoty. W tym dziejącym się na zebraniu "Partii Opozycji" ze swego lidera – czyli Tuska – pokpiwają nawet jego ludzie. – Przecież nawet do debaty go nie chcą! – rechoczą lekceważąco. Akcja spychania Tuska na niższa półkę podrzędnych przywódców bez wątpienia przynosi rezultaty, skoro tylko mniejszość Polaków wierzy w jego zwycięstwo czy to w debatach z Kaczyńskim i z Kwaśniewskim, czy to w wyborach. PiS po raz kolejny imponuje politycznym marketingiem. Są w tym po prostu piekielnie dobrzy. Natomiast PO… Cóż, można odnieść wrażenie jakby w jej sztabie pierwsze skrzypce grali szpiedzy Kaczyńskiego. Platforma bowiem ze wszystkich sił stara się pomóc swoim przeciwnikom. Najpierw podkłada się kopiując pomysły rywali. Potem – w dniu debaty Kaczyńskiego z Kwaśniewskim – pojawia się niedorzeczny pomysł wielkiej koalicji, który wielu antypisowskich czy antykomunistycznych wyborców PO mógł jedynie wystraszyć. Jednych i drugich jednocześnie! To istne Himalaje nieudolności. Potem Tusk długo i namolnie domaga się debat ze sobą, co ustawia go w roli jękliwego petenta. W końcu pojawiają się gigantyczne i pewnikiem bardzo drogie billboardy, na których obok fizjonomii liderów partii widnieje hasło o potrzebie "cudu gospodarczego". Cudu! Cud jest potrzebny, bo politycy PO nie wystarczą? To chyba najdroższe w historii wyznanie, że jest się do niczego. Wydawałoby się, że po nauczce, gdy dwa lata temu PO poległa w propagandowym starciu, obecna kampania powinna być perfekcyjna i przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Ale jest chyba jeszcze gorzej niż przed poprzednimi wyborami. Jak pomysły – to głupie, jak inicjatywy to niedorzeczne. Propagandowo PO jest zawsze krok, albo kilka za PiS-em, ale przede wszystkim – i to jest najgorsze – z kampanii liberałów bije jakaś przedziwna niewiara w samych siebie. W pewnym sensie POPiS już istnieje. Istnieje, bowiem PO i PiS współpracują na rzecz zwycięstwa wyborczego partii Kaczyńskich. Jego efektem będzie rezygnacja albo pogonienie Donalda Tuska. Kiedy to już nastąpi, pozbawiona głowy partia z przetrąconym kręgosłupem chętnie da się utulić Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Opinie na forach internetowych

Fora internetowe przez długi czas stanowiły w dużej mierze odzwierciedlenie wszystkich negatywnych stereotypów rozpowszechnianych przez wrogie PiS-owi media, ale ten trend zdaje się powoli odwracać i coraz częściej można znaleźć wypowiedzi i komentarze w zupełnie nowym tonie, poniżej kilka przykładów.

Wymiana zdań: W mojej firmie (Warszawa) z Tuska śmieją się już chyba wszyscy. A jeszcze parę miesięcy temu to było nie do pomyślenia. | Dajcie spokój. Tusk myśli, że wyborcy to idioci. Już nie wystarczy propaganda GW, TVN i te dmuchane sondaże. Ludzie zaczęli samodzielnie myśleć, a to źle wróży dla Tuska i jego kolesiów! | Dmuchane sondaże? Chyba sam jesteś dmuchany. W ostatnich sondażach GW wygrywa PiS. GW pokazuje prawdę taką jaka jest. Nie musi nic naginać, bo jest szanującą się gazetą. Poza tym, czy ktoś jeszcze pamięta dlaczego GW tak się nazywa? Radzę odświeżyć pamięć, zanim ją zbezcześcicie. | "Wymiotna" sama się zbezcześciła kumoterstwem z komuchami. Odstawiłem ją po pół roku kaczystanu i teraz jestem szczęśliwym właścicielem własnego mózgu. Szczerze polecam innym! | Nie lubię GW i Michnika, wiem że nie jest to gazeta obiektywna, pamiętam, co wyrabiała przez ostatnich 18 lat w Polsce na rynku mediów i w sferze opinii, jak przeinaczała fakty, jeśli dotyczyły niewygodnego dla niej środowiska a lansowała swoje, w sposób kłamliwy zaprzeczając faktom i była kreatorem politycznej poprawności, która daje o sobie znać między innymi i tu na tym forum.

Tusk jest żenujący i śmieszny. Kto by chciał głosować na partię nieudaczników jego pokroju. PiS to mocni gracze i takich polityków potrzebuje Polska. Brawo panie premierze, wygrajmy te wybory i pokażmy im, jak Polska rośnie w siłę.

W mojej rodzinie 20:2 dla PiS-u. Ale może ci, co chcą na PO, zmienią zdanie. Pracujemy nad nimi... Oni jeszcze nie mają świadomości, że wygrana PO to koalicja ich z postkomuną. I powrót "starego układu".

20 lat czekałem na taki właśnie rząd! Brawo PiS.

PiS i jeszcze raz PiS! Jestem obecnie za granicą, ale już nie długo, podnoszę swoje kwalifikacje zawodowe i wracam do mej ojczyzny, bo nie ma jak w domu!

Nadzieja Polski tylko pod rządami PiS-u. Wbrew oczekiwaniom opozycji wkracza normalność. Interesy Polski i jej mieszkańców są reprezentowane jak nigdy przedtem.

Jak czytam wypowiedzi zwolenników PO, to mocno uderza mnie ta nienawiść w wypowiedziach. Brak merytoryczności, a jedynie inwektywy pod adresem osób o innych, prawicowych poglądach politycznych. Dotyczy to zarówno internautów, jak i polityków PO. Zwolennicy PiS-u nie muszę się zniżać do poziomu wyzwisk, a takie ze strony Platformy padają nieustannie. A gdzie ta wasza tolerancja? Ja się nie wstydzę swoich poglądów. I o ile nie zgadzam sie ze wszystkimi posunięciami PiS-u, to nadal im kibicuję, bo nie widzę innej lepszej alternatywy dla Polski. Gratuluję premierowi Kaczyńskiemu celnych ripost.

Po dwóch latach bezustannego jazgotu, wyzwisk, chamstwa, intelektualnych akrobacji rodem z "Misia", przy jednoczesnym obwinianiu Kaczorów i kaczystów o wszystkie możliwe zbrodnie; po wyczerpaniu najbardziej plugawych, kłamliwych i cynicznych porównań a to do stalinistów, a to do hitlerowców, Putina, Gomułki itp. itd. PO może mieć tylko tę nadzieję, że wyborcy nie zaryzykują czteroletniej powtórki z tego żałosnego spektaklu i powiedzą sobie: "a niech już wraca ten swojski przecież syfek i folklor III RP" byleby się te wszystkie Niesiołowskie, Komorowskie i Tuski na trochę przymknęły. Coraz częściej sam się na takiej myśli przyłapuję. Głupia i niezdarna kampania Platformy może wcale taka głupia nie jest?

08.10.2007, 05:27:50

Nonkonformizm

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Dr Jacek Maziarski - dziennikarz, działacz opozycji w latach 80., polityk, jego życiorys cechuje się tym, że nie raz w kluczowych momentach wykazał się nonkonformizmem, a to jest dla mnie jedna z najważniejszych pozytywnych cech człowieka. Fragment wywiadu dla "Dziennika" 06.10.07 "Chciałbym, aby pan napisał to jasno: większość krytyków Jarosława Kaczyńskiego to polityczni półanalfabeci, salonowe gaduły i pańcie, którym podoba się Olechowski, bo ma metr osiemdziesiąt, i niebieskooki Tusk, który trajkoce jak mongolski młynek modlitewny. Ci ludzie z salonu nawet nie dostrzegają, że tylko Kaczyński ma jakąś wizję polityki i przyszłości Polski. Tego, co już zrobił, nie da się cofnąć - ma zagwarantowane miejsce w historii."

Kilka komentarzy z portalu "Dziennika". Są to, co prawda, wybrane, ciekawsze komentarze, ale w tym przypadku - nietypowo jak na internetową społeczność (albo - jak na portalowych moderatorów) - rzeczywiście większość komentarzy była pozytywna dla Jarosława Kaczyńskiego. Jak to komentarze - niektóre są zawierają mocne sformułowania lub są trochę brutalne. Przytaczam je ku po krzepieniu serc wszystkim, którzy są trochę przytłoczeni wszechogarniającą poprawnością polityczną made in GW/TVN.

Pan Jacek to na pewno po części oportunista
Pan Jacek to na pewno po części oportunista, ale ma racje co do JK - to niebywale mądry gracz polityczny. I dzięki temu wygra.

Coś o "elicie"
Dobrze poczytać faceta, który naprawdę wie, co mówi i mówi, co wie w przeciwieństwie do Donalda i jego przydupasów, których "wiedza" ogranicza się do wyborczego hasła "by było lepiej - wszystkim naszym kumplom"

Odważny, mądry człowiek ten Maziarski
Jest jeszcze kilku mądrych ludzi w Polsce doceniających Kaczora. Tylko mali zawistnicy pokroju Tuska i Komorowskiego nie potrafią się pogodzić z faktem, że nie dorastają Kaczyńskiemu do pięt. Trudno, ich strata. Marcinkiewicz już kiedyś się przekonał, co znaczą rozmowy z Tuskiem w 4 oczy. Nazajutrz cała Polska o tym wiedziała. Tusek nie lubi mieć obok siebie wartościowych polityków. Mogą mu zwyczajnie zagrozić. Jest tylko pytanie, czy Kazio jest wartościowym politykiem? Czy tylko uśmiechającym się błaznem?

"Wykpiwają PiS, choć są politycznymi analfabetami"
Święta prawda. Podobnie dobrze było przypomnieć, za czyje pieniądze powstały "LiDowe Nowiny". [Temat na osobną notkę, może kiedyś... - H.]

Piękny życiorys i charakter!!! Zdrowia!!!!
Takich ludzi więcej i Polska byłaby w innym miejscu! Uczciwość, stałość poglądów i patriotyzm - to kamienie, które ruszyły lawinę! Zasypie ona postkomunistyczne, korupcyjne bagno, może już 21.10!!! Polacy "kumają", gdzie jest zło!!!

Jarek to mój idol
Mam dwa fakultety i doktorat. Powodzi mi się nieźle. I też głosuję na PiS. Drodzy wyborcy PiS, nie dajcie się zastraszyć i zawstydzić, że należycie do jakiejś ciemnej i niewykształconej części społeczeństwa, wśród nas jest niemało ludzi wykształconych i bywałych w świecie.

Mieszkam poza granicami kraju
Mieszkam poza granicami kraju prawie ćwierć wieku, ostatnio odwiedzam Polske przynajmniej raz w roku. Zmiany w Polsce może dostrzegam bardziej niż jej stali mieszkańcy. W rozmowach z rodakami nie udało mi się spotkać chociaż jednego człowieka, który zgadzałby się z moimi poglądami (prawie w całości pokrywają się z programem PiS-u). Panie Jacku, ma Pan racje, to polityczny analfabetyzm.

Pan Jacek Maziarski to mocny gość!
Pan Jacek Maziarski to nietuzinkowy człowiek. Rozmowa z nim to wielka przyjemność. Człowiek z klasą. Każdy kto z nim współpracował, czy obecnie, czy wcześniej, wie o tym najlepiej. Wymagający i przy tym nie jest chamem, jak to dzisiaj często zdarza się ze zdolnymi młodzieńcami. Tacy ludzie, z taką erudycją są już w znacznej mniejszości. Niestety. A jeśli chodzi o pracę w "Polityce" w latach '70? Spójrzmy, kiedy i w jakich okolicznościach odszedł z "Polityki". Po radomskim Czerwcu! Czapki z głów za taki gest, właśnie wtedy! Lata '70 nie były dla mnie do końca zrozumiałe, byłem nieco za młody, ale odejść z redakcji w tamtych czasach, to nie to samo, co odejść w latach '80. Trzeba było mieć odwagę. Szczególnie właśnie po czerwcu '76. Bo od czerwca '76 (mój brat pracował wtedy w ówczesnym Walterze) nabierałem świadomości co do ponurej rzeczywistości PRL. Panie Redaktorze, niech się pan trzyma!

07.10.2007, 14:38:18

Wypadki i polityka

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

02.08.07, Zofiówka niedaleko Lublina (Lublin - Łęczna)

Wypadek, Zofiówka 02.08.07, Mazda
Osobowa Mazda jechała z Lublina w kierunku Łęcznej, wg świadków prędkość wynosiła ponad 150 km/h. Kierowca zahaczył o pobocze, stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w drzewo. Samochód dosłownie owinął się wokół drzewa. Zginął kierowca, posiadający od 3 tygodni prawo jazdy i pasażerka, która poprzedniego dnia obchodziła osiemnaste urodziny. Trzecia 18-letnia osoba została, w bardzo ciężkim stanie, przetransportowana śmigłowcem do szpitala w Lublinie.

07.10.07, Krajewo Korytki k. Zambrowa (Białystok - Warszawa)

Troje nastolatków w wieku 16-18 lat zginęło w wypadku, do którego doszło w nocy z soboty na niedzielę. Osobowy Ford wyjechał z drogi podporządkowanej wprost pod białoruskiego TIR-a. Fordem podróżowały cztery osoby, mieszkańcy okolicznych miejscowości. Na miejscu zginęły dwie dziewczyny w wieku 16 i 18 lat, prawdopodobnie siostry. Ranny 18-letni kierowca i 23-letni pasażer auta osobowego trafili w stanie ciężkim do szpitala w Łomży, gdzie kierowca zmarł. Białorusin kierujący ciężarówką nie odniósł w wypadku poważniejszych obrażeń.

07.10.07, Gorzów Wielkopolski

Wypadek, Gorzów Wielkopolski 07.10.07, Fiat Stilo, Skoda Felicia
W godzinach rannych Fiat Stilo kierowany przez 29-letniego księdza, jadąc z dużą prędkością na łuku drogi, przeciął podwójną ciągłą linię, zjechał na przeciwny pas ruchu i uderzył czołowo w jadącą z naprzeciwka w stronę centrum Gorzowa Skodę Felicję. Dwie osoby jadące Skodą 32-letni mężczyzna i jego 63-letni ojciec - zginęły na miejscu. Kierowca Fiata został zabrany do szpitala, jest w stanie ciężkim, ale stabilnym.

Niewyszukana propaganda PO

Powstaje pytanie, czy to demoniczni wysłańcy PiS-u podszeptują młodym ludziom, niedoświadczonym kierowcom, motocyklistom - "dawcom organów" i innym piratom drogowym, aby zabijali siebie i innych na drogach? Czy Donald Tusk, który wypalił na swoich konferencjach i w spocie wyborczym, podając liczbę zabitych na drogach, ma jakiś magiczny sposób na zlikwidowanie takich sytuacji? Nie wiem, ale wydaje mi się, że jego argumenty mające zniechęcić do PiS-u są prymitywne i nie trzymają się kupy. Jeśli już koniecznie chciał dowalić PiS-owi (nic innego chyba nie umie a i to mu kiepsko wychodzi), to mógł posłużyć się: po pierwsze - dokładnymi a nie przekłamanymi danymi; po drugie - pokazać, jakie są trendy, może liczba wypadków wrosła, może zmalała - dopiero takie dane dają wyborcy istotną informację a nie liczba bezwzględna. Chyba że potencjalnego wyborcę traktuje się instrumentalnie, nie martwiąc się wyjaśnieniem mu czegokolwiek dokładnie - ważne tylko, żeby zagłosował "jak trzeba". Podobny charakter mają zresztą rytualne zarzuty, odnoszące się do emigracji zarobkowej. Ludzie zaczęli wyjeżdżać, gdy tylko otwarto rynki pracy (jeszcze za rządów SLD), nie oglądając się na to, kto rządzi. Każdy, kto wyjechał przyzna, że zrobił to, żeby zarobić więcej kasy, a dysproporcje w zarobkach między Polską a krajami starej Unii wywodzą się jeszcze z długich lat gospodarki socjalistycznej i wyzysku Polski przez "bratni" ZSRR. Robienie z tej emigracji "ucieczki przed pisowskim reżimem" jest jakąś paranoją.

"Jeśli fakty są inne, tym gorzej dla faktów"

To jest maksyma Platformy Obywatelskiej w tej kampanii wyborczej. Dzisiaj w programie "Kawa na ławę", TVN po raz kolejny słyszałem z ust polityka PO, tym razem Stefana Niesiołowskiego, że Kazimierz Marcinkiewicz praktycznie należy już do PO. Kilka dni wcześniej w wywiadzie Bronisław Komorowski mówił "cieszymy się, że polityk o tak wysokiej popularności w społeczeństwie jest po naszej stronie". Jakoś, gdy Marcinkiewicz był premierem w rządzie PiS-u, PO wyśmiewała go, jak tylko się dało. Obecnie - trzeba przyznać, że bez hipokryzji - Komorowski przyznał, że ceni w Marcinkiewiczu tylko jego popularność; cóż, z własną popularnością Platformy jest rzeczywiście coraz bardziej krucho. Jednak te twierdzenia o Marcinkiewiczu - niedoszłej bombie Tuska - nijak się mają do faktów. Oto fragmenty newsa z portalu Interia mówiącego o książce będącej wywiadem-rzeką z Marcinkiewiczem pt. "Marcinkiewicz. Kulisy władzy": "Tusk jest dobrym i ambitnym politykiem, ale nie wiem, czy jest liderem, a Polska potrzebuje lidera - podkreśla Marcinkiewicz w postscriptum do wywiadu. (...) Były premier cały czas uważa, że koalicja PO-PiS to najlepszy wariant rządów w Polsce. - Po pierwsze, bo byłaby to duża, stabilna większość parlamentarna. Po drugie, bo programy obu partii doskonale się uzupełniają. Po trzecie, bo świat polityczny jest w Polsce tak słaby, że tylko zespolenie tych partii da naprawdę dobrą jakość - wylicza Marcinkiewicz. (...) Marcinkiewicz podkreślił, że nie zamierza wstępować do PO. - Wszyscy wiedzą, że potrafię rozmawiać z przyjaciółmi zarówno z PiS-u, jak i z PO. Z przyjemnością się z nimi spotykam, rozmawiam przez telefon. (...) Odsłaniając kulisy sprawowania funkcji premiera rządu Marcinkiewicz podkreślił, że nie miał "żadnego fundamentalnego sporu" z J. Kaczyńskim. (...) Tuż przed odwołaniem ówczesny premier spotkał się z liderem PO. Tusk proponował mu bliską współpracę. - Piliśmy wino, on mówił, że Kaczyńscy mnie zniszczą, bo niszczą wszystkich, takich ludzi jak ja, i że z nimi się współpracować nie da. Pytał: Co ty z nimi robisz? Jesteś porządny facet - opowiada Marcinkiewicz. Ale od razu dodaje: Całe spotkanie było w złej wierze. Po to przyprowadził media i po to opowiadał potem o tym, co mówiłem. Marcinkiewicz był premierem od 31.10.05 do 14.07.06. Od lipca 2006 do grudnia 2006 pełnił obowiązki prezydenta Warszawy (bezskutecznie walczył o fotel prezydenta w stolicy w wyborach samorządowych 2006 roku). Od 01.03.07 jest dyrektorem w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Marcinkiewicz zapowiedział, że w czasie kampanii wyborczej jego wizerunek pojawi się na ulotkach różnych kandydatów, w tym Jarosława Gowina - lidera krakowskiej listy PO."

06.10.2007, 13:18:59

Sondaż: PiS będzie rządził samodzielnie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Na Prawo i Sprawiedliwość chce głosować 41% wyborców – wynika z najnowszego sondażu Pentora przeprowadzonego na zlecenie "Wprost". Na pytanie "Na jaką partię zamierzasz głosować?" ankietowani odpowiedzieli następująco: PiS – 41%; PO – 32%; LiD – 16%; PSL – 4%; LPR – 2%; Samoobrona – 2%; Partia Kobiet – 1%; inne partie – 2%. Daje to następujący podział 460 mandatów w Sejmie: PiS - 228; PO - 167; LiD - 65. Oznacza to, że PiS jest bliskie uzyskania poparcia wystarczającego do samodzielnych rządów.

Daleki jestem od ogłaszania zwycięstwa. Takie sondaże mogą przynieść efekt uśpienia elektoratu PiS na zasadzie "skoro zwycięstwo mamy w kieszeni, to nie muszę fatygować się na wybory". Nie wykluczam też, że salon ma jeszcze jakieś asy w rękawie. Być może wyskoczy z jakimś wielkim medialnym skandalem typu "taśmy Beger" obliczonym w czasie tak, żeby maksimum destrukcyjnego dla PiS efektu zbiegło się z datą wyborów. Stawka jest teraz na tyle wysoka, że właściwie zdziwiłbym się, gdyby coś takiego nie nastąpiło, dla tamtej strony nadszedł czas, by rzucić do walki wszystkie odwody. Być może po raz kolejny zostanie do tego wykorzystany Lepper. Jeśli jednak nie będzie jakieś spektakularnej akcji wymierzonej w popularność PiS-u, to przewiduję, że wkrótce zacznie się efekt uciekania szczurów z tonącego okrętu i wiele środowisk zbliżonych dotychczas do salonu, nagle zacznie otwierać się na PiS i twierdzić, że tak naprawdę zawsze byli za PiS-em. Takich śmierdzących konformistów jest niestety w Polsce bardzo wielu.

Nie można zapominać, że mamy do czynienia tylko z sondażami, które z definicji obarczone są błędami metodologicznymi, statystycznymi a przede wszystkim znane są z kompromitujących porażek w poprzednich wyborach. Można jednak przyjąć istnienie przynajmniej trwałej przewagi poparcia społecznego dla PiS-u opierając się na 2 przesłankach: 1) sondaże obrazują trend wzrostowy dla PiS; 2) PiS był zazwyczaj partią niedoszacowaną w sondażach. Zwraca uwagę to, że poparcie dla LiD-u jest na stałym poziomie. Może to świadczyć o słuszności spostrzeżeń zarówno przeciwników jak i zwolenników PO, że partia ta fatalnie czy wręcz katastrofalnie prowadzi kampanię wyborczą.

Na marginesie głównego nurtu kampanii wyborczej miało miejsce wydarzenie, którego uważny obserwator nie powinien przeoczyć (sam niewiele o nim słyszałem). Trzy osoby, których działania od czasu rozpoczęcia kampanii wyborczej są co najmniej niekonwencjonalne a często na pozór niezrozumiałe, a mianowicie Kazimierz Marcinkiewicz, Jan Rokita i Janusz Korwin-Mikke odbyły wspólne spotkanie, co daje pole do daleko idących spekulacji. Wydaje się, że ci - co by nie mówić - doświadczeni i wytrawni politycy czują już pismo nosem i zamierzają włączyć się w nurt zapoczątkowany przez Macieja Płażyńskiego, który sprowadza się do tego, żeby - mówiąc brutalnie - jak najwięcej wyrwać z trupa Platformy. Ja mam tylko taką małą radę dla tych obserwatorów, którzy nadmiernie rozentuzjazmowali się popieraniem extended-LPR jako całości tylko dlatego, że jest w nim JKM. JKM może mieć znacznie bardziej dalekowzroczne plany związane z wejściem do Sejmu, niż trwanie u boku Giertycha.

05.10.2007, 20:27:09

Profeta czy animator

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Analiza realnego zaplecza głównych partii politycznych oraz zaskakująco trafny felieton sprzed 4 miesięcy.

Nie jest żadnym odkryciem, że GW jest stroną w polskim życiu politycznym. Redakcja jest towarzysko powiązana z Partią Demokratyczną, co za tym idzie wspiera LiD. Od miesięcy GW naciska na Tuska, aby ten otwarcie zgodził się na PO-LiD. Taki układ rządowy byłby dla tego środowiska bardzo korzystny, pozwoliłby na szybki powrót do władzy (zaledwie po 2 latach) mimo nadal słabego poparcia społecznego. Dobrym sposobem nacisku na Tuska jest dozowanie poparcia przez GW, o czym Tusk nie raz już boleśnie się przekonał, dlatego że na PO-LiD nie chce zgodzić się przed wyborami, słusznie kalkulując, że straciłby niemałą część elektoratu na rzecz PiS. Oczywiście mógłby współrządzić z LiD-em, ale byłby w tym układzie słabszy, niż w przypadku, gdy nie zadeklaruje koalicji przed wyborami. Na linii GW-Tusk zaiskrzyło w trakcie kryzysu rządzącej koalicji związanego z aferą przeciekową i z usunięciem Kaczmarka. GW wtedy wyraźnie naciskała na utworzenie rządu technicznego z udziałem PO i LiD przy wykorzystaniu efemerycznego, jak się okazało, LiS-a. Z punktu widzenia GW i LiD byłby to idealny manewr pozwalający na dłużej odsunąć znienawidzony PiS od władzy. Tusk jednak jednak też by na tym stracił, więc postanowił grać wyżej i nie dać się potencjalnie zmarginalizować w nowym układzie. Problem Tuska polega na tym, że nie należy on do salonu, a zatem nie ma za sobą realnej siły wpływowych grup, a musi o poparcie tych grup zabiegać. Jedyną gwarancją tego poparcia jest istnienie wspólnego wroga, jakim jest PiS. Tymczasem PiS zręcznie wykorzystał koniunkturę i zaczął budowę swoich wpływów, choć, aby skutecznie zakotwiczyć się w strukturach państwa (a właściwie - zneutralizować wpływy salonu), potrzeba mu jeszcze wielu lat. Z drugiej strony PiS-owi udało się zaprezentować społeczeństwu przejrzysty wizerunek własnej partii i przekonującą wizję Polski, a to przy skuteczności politycznej i odrobinie szczęścia może zapewnić mu kontynuowanie władzy. PO nie mając rzeczywistego zaplecza w salonie tak jak LiD, ani prawdziwego zaplecza społecznego tak jak PiS, jawi się trochę jako partia nadmuchana, i to mocno nadmuchana za pomocą posuniętej do granic rozsądku medialnej akcji salonu. W rzeczywistości PO ma swoje realne zaplecze w grupie tzw. wykształciuchów, która jednak nie jest aż tak liczna, aby zapewnić tej partii szanse w zwarciu z prawdziwymi graczami, czyli PiS i LiD. Wykształciuchy to specyficzna grupa, która kiedyś dała się zauroczyć "sile spokoju" Tadeusza Mazowieckiego i wmówić sobie, że jego przeciwnicy po prawej stronie sceny politycznej są oszołomami. Wiele lat później, gdy wykształciuchy ze zdumieniem przyjęli kompletny upadek UW, a jakaś historyczna przyzwoitość nie pozwoliła im jeszcze przerzucić poparcia na spadkobierców PZPR, znaleźli wybawienie w estetycznej, gładkiej, dającej poczucie odcięcia się od motłochu PO. W tym wyborze utwierdził ich salon, mający jeszcze wtedy realny monopol w mediach. W tym kontekście diagnoza Jarosława Kaczyńskiego jest perfekcyjna. Oczekuje on od Tuska deklaracji przynależności do obozu III RP lub IV PR nie dlatego, aby go upokorzyć, ale dlatego, aby mieć jasność, co do tego, jak traktować go w kampanii wyborczej. Tusk grał na silnego koalicjanta w układzie PO-LiD, a teraz - przestraszony skutecznością PiS-u zaczyna zdawać sobie sprawę, że będzie albo słabym koalicjantem LiD-u albo również słabym - triumfującego PiS-u. W przypadku koalicji z PiS-em dodatkowo zbierze straszny gniew - już poirytowanego - salonu. Być może liczył na siłę opartą o stabilne poparcie społeczne dla PO, a teraz nie ma recepty na to, żeby nie tracić poparcia zdezorientowanych wyborców, którzy po trochu go opuszczają, jak się wydaje proces ten do wyborów już nie będzie ustawał. Tusk zaklina rzeczywistość, krzycząc naokoło, że jest bardzo ważny, ale przez swoją programową bezbarwność ma do powiedzenia niewiele ponadto, a prawdziwi gracze ledwie go tolerują. Może jakaś depresja sprawia dodatkowo, że jego kampania wyborcza jest tak skrajnie nieudolna. Denerwuje to nawet zadeklarowanych zwolenników PO - co bystrzejszych wykształciuchów. Otóż część wykształciuchów, nie ustając w poszukiwaniu partii estetycznej i gładkiej przerzuciła się na extended-LPR mocno zaciskając zęby na obecność w nim Giertycha i jego środowiska albo ogłaszając wszem i wobec, że Giertych, który niedawno był workiem do bicia dla wykształciuchów, nie jest jednak taki zły. Pewną część wykształciuchów stara się też sprytnie przejąć PSL kreując się na partię spokoju i nowoczesnej techniki. Jak dalece ruchy na scenie politycznej są sterowane pomyślałem po przeczytaniu felietonu, który zainspirował tę notkę. Tytuł notki stanie się jasny po przeczytaniu przytoczonych przeze mnie fragmentów felietonu z GW 04.06.07 (pn) - Jacek Żakowski "Wampiry opozycji". Jacek Żakowski to wpływowy publicysta GW, a ten felieton świadczy o jego nadzwyczajnej wiedzy politycznej albo... o tym, że należy on do salonu i ma w polityce do powiedzenia znacznie więcej, niż wynikałoby z zajmowanej pozycji zaangażowanego publicysty. W każdym razie polecam bardzo dokładne wczytanie się w sens następujących zdań. Warto znać publikacje ważnego politycznego przeciwnika, a tu - wydaje mi się - przeciwnik zdradza tu trochę swoje myśli i plany.

Obecna władza została wykreowana przez swoich głównych oponentów. Gdybyśmy jednak poważnie popatrzyli na sytuację w PO i SLD, trudno by nam było oprzeć się zdziwieniu, że dwaj niedawni liderzy tych partii, mający zasadnicze zasługi w budowaniu potęgi polskiego populizmu, wciąż trwają w pierwszych rzędach swoich ugrupowań. W PO wciąż mocno się trzyma będący krzyżówką Ziobry i Giertycha niedoszły premier z Krakowa, który chciałby pójść jeszcze dalej niż PiS w lustracyjnym szaleństwie, w walce z gejami i z Unią oraz w likwidowaniu gwarancji praworządnościowych, a zwłaszcza w znoszeniu immunitetów warunkujących efektywność trójpodziału władz. W SLD wciąż zaś puszy się nieszczęsny były premier, który niszcząc bary mlecznie i zabierając pomoc państwa dla samotnych matek, ostentacyjnie przepędził wykluczonych oraz słabszych społecznie wyborców z lewicy do PiS i Samoobrony. Kiedy obie główne partie opozycji stawiają dziś sobie pytanie, dlaczego PiS tak dobrze trzyma się w sondażach i wciąż ma bardzo duże szanse na to, by rządzić przynajmniej dwie kadencje, ich politycy powinni się dobrze przyjrzeć tym dwóm groźnym twarzom. (...) Do wyborów zostały zaledwie dwa lata. A może jeszcze mniej. Jeśli PO i SLD chcą w tym czasie odebrać wyborców obecnej koalicji, muszą się rozstać z błędami, kłamstwami i złudzeniami, które zbudowały potęgę populistycznej prawicy. PO musi ostatecznie zrozumieć, że jako PiS bis, skazana jest na porażkę, bo nigdy nie będzie lepszym PiS, niż PiS. SLD musi sobie zaś wreszcie uświadomić, że jako PO bis nigdy nie odzyska swojej politycznej pozycji, bo nie będzie lepszą PO niż PO. Jeśli po następnych wyborach scena polityczna ma istotnie wyglądać inaczej, SLD musi złożyć wiarygodną ofertę uwiedzionemu przez PiS naturalnie lewicowemu elektoratowi, a PO musi się wiarygodnie przypomnieć jako partia rozumiejąca, że na dłuższą metę źródłem bogactwa jest wolność - nie tylko wolny rynek. Jedno i drugie nie może się jednak udać - a przynajmniej nie może wyglądać wiarygodnie - dopóki w obu partiach straszą jeszcze wampiry epoki największego szaleństwa i upadku polskiej polityki - w PO Jan Rokita, a w SLD Leszek Miller. Jeśli przywódcy tych partii chcą przekonać wyborców, że naprawdę coś zrozumieli przez ostatnie dwa lata, każdy z nich musi ostatecznie się pozbyć swojego partyjnego wampira i spektakularnie przebić go osinowym kołkiem.

Zwraca uwagę nie tylko zastanawiająca trafność przewidywań, ale i położenie nacisku wprost na przejęcie władzy przez PO i LiD przy instrumentalnym traktowaniu spraw programowych. Świadczy o tym zdanie "Jedno i drugie nie może się jednak udać - a przynajmniej nie może wyglądać wiarygodnie (...)". Jak widać, Żakowskiemu w zupełności wystarczy efekt propagandowy odsunięcia Rokity czy Millera, a sprawy programowe są na drugim planie.

05.10.2007, 13:15:50

"Zabierz babci dowód" jako salonowa agitka

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

To smutne, że ten sam salon, który w sposób nieuzasadniony przypisuje sobie w publicznym sporze monopol na takie cechy jak mądrość, moralność, wielką moc swojego autorytetu czy też tzw. tolerancję, nazywający się z dumą wykształciuchami, z uporem godnym lepszej sprawy lansuje akcję "Zabierz babci dowód", dokładniej: "Idą wybory. Uratuj kraj. Zabierz babci dowód". Pół biedy, gdyby ta akcja skończyła się tak jak zaczęła, czyli jako głupi żart propagowany w formie sms-owych czy innych "łańcuszków", ewentualnie została napiętnowana - zwłaszcza przez ludzi uważających się za autorytety i chcących, aby ten autorytet był szanowany.

Geneza "dowcipu"

Tekst o babci został rzucony 27.09.07 (cz) na IRC i jeszcze tego samego dnia przeniesiony na stronę internetową, którą każdy zainteresowany pewnie sobie znajdzie. Sprawa zaczęła się od dowcipu w stylu typowym dla wykształciuchów i ich moralności, czyli właśnie: "Idą wybory. Uratuj kraj. Zabierz babci dowód". Dowcip pojawił się też w wersji "Zabierz babci beret, babcia z domu nie wyjdzie i na wybory nie pójdzie." Pytanie, ilu młodszych lub mniej dojrzałych nastolatków, różnych dzieci Neostrady itp., którzy nie mają jeszcze wykształconego systemu wartości pozwalającego w pełni odróżnić dobro od zła, żart od spraw poważnych - potraktuje to wezwanie poważnie i zrobi to z poczuciem spełnienia ważnej misji oraz po to, aby móc potem zaimponować w swoim towarzystwie, choćby demonstrując zarekwirowany dokument... Kontynuacja "dowcipu" pojawiła się już w licznych komentarzach na forach np.: "Ja już zabrałem babci dowód", "Babci można jeszcze zabrać: sztuczną szczękę, laskę - przez niektórych zwaną kijaszkiem, aparat słuchowy, karteczkę z numerem konta Radia Maryja", "Uwarzam, że to super AKCJA. Babcie są fajne ale jak zgubią dowód na 1 dzień, to nic im się nie stanie ;-) [pisownia oryg.]", charakterystyczny dla wykształciuchów, wybiórczy szacunek dla starych ludzi widać też w następującym komentarzu: "Ludzie starsi mają mniejszą świadomość umysłową, chyba że będzie więcej takich ludzi, jak Pan Bartoszewski." Na wspomnianej stronie internetowej "dowcip" obudowano w oprawę specyficznego apelu, w którym krytykuje się "starsze pokolenie" za rzekome bezrefleksyjne głosowanie na LiD, PiS, LPR albo innych "populistów". Nic dziwnego, że akcja spodobała się działaczom PO, ale myślę, że to krótkowzroczny zachwyt, który - oprócz twardego elektoratu wykształciuchów - nie przyniesie uznania tej partii. Na końcu strony, jeśli ktoś doczyta, znajdzie wyjaśnienie: "Oczywiście nie zachęcamy do "pozbawienia na ten dzień" szanownych seniorek dowodów osobistych, ale do porozmawiania z nimi o tym na kogo zamierzają oddać swój głos." Osobiście nie uważam, żeby ten dopisek załatwiał sprawę. Dowcip nadal pozostaje wyjątkowo niesmaczny, a być może i nielegalny. Źródłowa strona zawiera zachętę do rozpowszechniania tekstu "Idą wybory. Uratuj kraj. Zabierz babci dowód" i rzeczywiście pojawił się on w opisach w komunikatorach, sms-owych i internetowych łańcuszkach. Spotkałem się też z kontrakcją, ale już nie nagłaśnianą: "Nie bądź chamem! Nie chowaj babci dowodu! Lepiej spokojnie porozmawiaj z nią o polityce - możliwe, że wie ona na jej temat więcej niż Ty…" Podobało mi się również przypomnienie w kontekście tej sprawy myśli Voltaire'a: "Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia." Sprawa pojawiła się w mediach 01.10.07 (pn). Następnego dnia (02.10.07) ustosunkowała się PKW: "Czy jest to żart, czy nie, taki apel jest szkodliwy. Przeszkadzanie w swobodnym wykonywaniu prawa do głosowania jest karalne. Grozi za to pozbawienie wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Osoby, które poczuły, że ktoś narusza ich prawo, mogą zgłosić się do prokuratury."

Nagłaśnianie "dowcipu" w mediach

O ile do tego momentu można zrzucić całą sprawę na nieodpowiedzialnych nastolatków z ich specyficznym poczuciem humoru i potrzebą prowokowania, o tyle rozpowszechnianie akcji w mediach w tonie przyjaznej aprobaty, można przypisać salonowi i rozmaitym autorytetom wykształciuchów. TVN24 i GW wprowadziły ten żenujący temat do obiegu publicznego i rozreklamowały akcję, nie ukrywając, że chodzi w niej głównie o to, żeby "moherowa" babcia nie zagłosowała na PiS, a potem codziennie głosami swoich "przezabawnych" dziennikarzy i publicystów wmawiały, iż jest to świetny dowcip, a oburzenie władzy jest dowodem braku poczucia humoru u rządzących polityków. Politycy opozycji - rzecz jasna - wymaganą dawkę dobrego humoru okazali. Jeśli to ma być niezależne dziennikarstwo albo samodzielność w myśleniu polityków, to ja dziękuję - bardzo smutny obraz potencjału moralnego i intelektualnego tej całej opozycji. Nie sądzę, żeby Jan Rokita śmiał się z tego "dowcipu". Gdzie osławiona tolerancja salonu, który tutaj zdecydował się na jawne wyrażenie pogardy dla ludzi starych i dla kobiet, o których równouprawnienie podobno walczy (bo niby dlaczego babcia ma być gorsza od dziadka?). Dlaczego w tym przypadku odrzuca się oczywisty fakt, że wśród starych są ludzie dobrzy i źli, mądrzy i głupi, ludzie popierający najróżniejsze opcje polityczne, ale przede wszystkim ludzie (!) mający swoją godność i prawo do tego by być traktowanym poważnie. Może to właśnie młodzież powinna poradzić się starszego pokolenia, gdyż na ogół starzy ludzie ma większą mądrość, wiedzę i doświadczenie życiowe od młodych. Starzy ludzie mogą też, korzystając z Internetu, poczuć się dotknięci tymi mało śmiesznymi dowcipami, czego chyba nikt nie bierze pod uwagę. Nie mówiąc o tym, jak poczuje się hipotetyczna babcia, do której przyjdzie smarkacz, pouczać ją, na kogo ma głosować. Warto też zauważyć, że przychylność polityków, autorytetów dla takich żartów, może utwierdzać wśród młodzieży skrzywiony system wartości, negujący odwieczny szacunek dla starych ludzi, upewniać młodzież, że podążanie drogą lekceważenia starych ludzi jest słuszne i akceptowane. Wyraźnie widać, że salon bardzo chętnie rozlicza z tolerancji swoich przeciwników, ale sam może ją stosować wybiórczo, a wtedy, gdy jest to wygodne, może o niej całkowicie zapomnieć. Przecież równie "tolerancyjna" byłaby akcja "Zabierz homosiowi dowód" (homoś - to termin propagowany przez JKM). Tyle, że taka akcja - wymierzona, jak wiadomo, w elektorat LiD-u - spotkałaby się ze świętym oburzeniem wykształciuchów, tropieniem winnych i pozwami.

Komentarze polityków

W tym kontekście zgadzam się z wypowiedziami polityków PiS, którzy w efekcie zaistnienia tej sprawy w obiegu publicznym oraz przychylnych komentarzy opozycji, m.in. Donalda Tuska, odnieśli się do niej z oburzeniem. Jarosław Kaczyński na wiecu wyborczym w Łapach 03.10.07 (śr): "Was, proszę Państwa, bardzo często się obraża i wyśmiewa. Mówi się o "moherach", teraz krąży ten dowcip o tym, żeby babci porwać beret przed wyborami. Szanowni Państwo, ci którzy to mówią, ci którzy szerzą tego rodzaju bardzo niedobre i bardzo głupie żarty, podnoszą rękę na was, ale podnoszą rękę także na cały naród polski. Drwią sobie z naszego narodu, drwią z jego tradycji, drwią z tego co jest w nim tak na prawdę najlepsze. Drwią, bo nas nie lubią, a często nawet nienawidzą, bo chcieliby, żeby rządzili tacy sami jak oni. A tacy sami jak oni już rządzili i pokazali, co potrafią. Pokazali, że nie potrafią, w gruncie rzeczy, niczego." Fragment wywiadu z marszałkiem Ludwikiem Dornem w PR1 04.10.07 (cz): Jacek Karnowski: "Tematem medialnym stała się też sprawa korespondencji mailowej i sms-owej pod hasłem „Zabierz babci dowód, idą wybory!”, takie żarty są rozsyłane, no, w kontekście „babcia” to słuchaczka Radia Maryja czy tzw. elektorat „moherowy”. Premier komentuje to w ten sposób: „Ci, którzy drwią w ten sposób, podnoszą rękę na cały naród polski”. Nie za mocna wypowiedź?" Ludwik Dorn: "To jest akurat sformułowanie, które zwraca uwagę na problem. Ja bym raczej mówił, że tego rodzaju akcja jest wyrazem, powiedzmy, niesłychanie daleko posuniętego chamstwa, takiej kultury młodzieżowo-chamskiego luzactwa. Chamy istnieją we wszystkich grupach wiekowych – wśród młodzieży, ludzi w średnim wieku, także wśród ludzi starszych, ale ta ekspansja takiego luzackiego chamstwa w stylu młodzieżowym jest rzeczywiście czymś niepokojącym, zwłaszcza jeżeli staje się elementem debaty publicznej, no bo nie wiedzieć czemu głupawy, niesłychanie chamski żart, za którym stoi pogarda dla ludzi starszych, stał się jednym z istotniejszych elementów debaty publicznej w kampanii wyborczej." Jacek Karnowski: "Sam premier podniósł to, więc też autoryzował w pewien sposób ten wątek debaty. A czy to jest, panie marszałku, symbol pewnej takiej kulturowej tożsamości PiS-u - obrona właśnie tych ludzi? Czy pan widzi w tym taki głębszy sygnał, że PiS to jest właśnie jakiś jeden obóz kulturowy, a opozycja inny? „My nie z salonów”, tak?" Ludwik Dorn: "No, nie tyle my nie salony, co my, ludzie dobrze wychowani, bo powtarzam – to jest sobie drwienie i to takie chamskie z ludzi starszych. I niepokoi nie to, że premier użył tak mocnych słów, ale niepokoi to, że na przykład inni przywódcy partii politycznych nie użyli takich czy innych, czy w innej konwencji słów potępienia dla tej akcji. Ale, oczywiście, jest tak, że wiek dojrzały czy nieco bardziej niż dojrzały, używając właśnie tego języka luzackiego, którego ja nie używam, ale każdy go zna, powiedzmy, nie jest trendy. Jest takie, jeśli chodzi o część, niewielką część społeczeństwa, ale znaczną część środków masowego przekazu przyjęty sposób takiego co najmniej lekceważącego wypowiadania się o ludziach starszych. I to jest groźne i my się temu przeciwstawiamy."

Salon nie przyznaje się do błędu

Pomimo wyraźnej i uzasadnionej krytyki tej akcji i jej popularyzacji przez media, krytyki wyrażonej przez niektórych polityków, salon trwa na przegranych i złych pozycjach. Wczoraj dziennikarze krytykowali polityków PiS za brak poczucia humoru. Dzisiaj rano TVN24 pokazał studentów - młodych działaczy PO, którzy w intencji dziennikarzy mają być chyba kojarzeni z inicjatorami tej akcji - tłumaczących, że akcja "Zabierz babci dowód" to taki oryginalny dowcipny sposób, w którym tak naprawdę chodzi o to żeby zabrać babcię na wybory. Doprawdy żałosna próba odwrócenia sensu tego hasła. Równie dobrze można by było odpowiedzieć na to akcją "Przydzwoń studentowi - platfusowi", która w istocie miałaby być dowcipnym sposobem na przypomnienie studentom z PO, iż starszym ludziom należy się szacunek. Tak naprawdę szkoda jednak wchodzić w dyskusję na tym poziomie.

04.10.2007, 12:45:07

Czy czeka nas awantura?

Wpis na 0. poziomie w kategorii Polityka.

Demokracja wytworzyła szereg instytucji, które mają pogodzić sprzeczności, czyli z jednej strony pokojową, zgodną z określonymi regułami gry wymianę władzy, a z drugiej strony - ciągłość władzy i sprawne zarządzanie państwem. Mimo tych zalet demokracji, często przytacza się myśl Winstona Churchilla: "Democracy is the worst form of government except for all those other forms that have been tried from time to time." (Demokracja to najgorszy z ustrojów, ale nikt lepszego nie wymyślił.) Najczęściej ta mądrość Churchilla jest przypominana wtedy, gdy mają miejsce najróżniejsze kryzysy parlamentarne, rządowe, a że zdarzają się one często, to i opinia na temat demokracji jest coraz gorsza. Zdecydowałem się postawić pytanie o to, co czeka nas w Polsce po najbliższych przyspieszonych wyborach 21.10.07 (n). Czy powstanie stabilna koalicja współpracująca z Prezydentem i będzie zapewnione sprawne rządzenie państwem, czy też czekają nas kłótnie i kłopoty ze sformowaniem rządu, a potem seria kryzysów być może zakończonych kolejnym skróceniem kadencji? Jaki scenariusz jest bardziej prawdopodobny, jesteśmy optymistami czy pesymistami?

Najlepsze wyniki w sondażach mają partie centroprawicowe PiS i PO. PiS jest w historii III RP ewenementem - po raz pierwszy po 2 latach rządzenia partia rządząca zachowuje najwyższe poparcie w społeczeństwie. Szanse na wejście do Sejmu ma też partia prawicowa LPR, która w nieformalnej koalicji zamierza wprowadzić do Sejmu posłów własnych oraz UPR i PR. Te 3 partie mają różne elektoraty, ciekawe, czy uda się je połączyć. LPR jest najbardziej znane z haseł narodowych, prorodzinnych oraz z lidera o fatalnym wizerunku; hasła UPR to liberalizm gospodarczy - radykalne zmniejszenie podatków, koncesji, opieki socjalnej a także uwielbiany w pewnych kręgach błyskotliwy lider Janusz Korwin-Mikke; PR jest znane przede wszystkim z ochrony życia "od poczęcia do naturalnej śmierci" i haseł narodowych. Partia centrolewicowa LiD odrabiająca straty po kompromitujących rządach Millera i Belki jest wg sondaży 3. siłą. Trudne do oszacowania, ale zapewne wyższe niż sondażowe poparcie, są rzeczywiste wpływy tej partii w rozmaitych dziedzinach życia publicznego. Do partii centrolewicowych, lecz schodzących ze sceny politycznej można zaliczyć PSL. Na lewicy umiejscowiona jest populistyczna Samoobrona, która również traci poparcie. Tradycyjnie PSL i Samoobrona walczyły o wiejski elektorat, przy czym bardziej wiarygodny wydaje się w tym Lepper, choć obecnie zanika potrzeba istnienia wyspecjalizowanej wiejskiej siły politycznej.

Jak widać sytuacja jest na pozór klarowna, ale biorąc pod uwagę istniejące konflikty polityczne, cały czas istotne różnice historyczne, walki personalne - utworzenie koalicji po wyborach może być trudne. PO-PiS już raz się nie udał, coraz częściej mówi się o PO-LiD-ie. Ostatnio bardzo przyjaźnie odnoszą się do siebie PO i PSL sugerując, że mógłby powstać układ rządzący PO-PSL. Raczej między bajki należy włożyć księżycowy pomysł Tuska, czyli PO-PiS-PSL-LiD. Najwięcej zależy oczywiście od ostatecznych wyników. Wydaje się całkiem możliwe, że do Sejmu wejdą tylko 3 największe partie. Najgorzej będzie, jeśli potencjalny układ rządzący będzie zależał od kilku głosów. Może wtedy dojść do ostrych kłótni i przeciągania posłów na swoją stronę. Proszę o Wasze prognozy dotyczące sytuacji po wyborach w komentarzach.

kwantowekrajobrazy is proudly powered by Jogger | RSS | Design by Ian Main, ported by Patryk Zawadzki.