Kwantowe krajobrazy

31.05.2007, 22:44:43

Koniec epoki myślenia

Wpis na 0. poziomie w kategorii Społeczeństwo informacyjne.

Tak się złożyło, że tematyka moich artykułów w tym miesiącu zdryfowała na tematy społeczno-polityczne a głównie koncentrowała się na sprawach związanych z szeroko pojętą wolnością w społeczeństwie informacyjnym. Cóż, w czerwcu spróbuję zająć się w większym stopniu technologią jako taką. A tym czasem kolejna porcja dywagacji na temat wolności. Problemy błyskawicznych przemian cywilizacyjnych związanych z tworzeniem się społeczeństwa informacyjnego są niezmiernie istotne i wymagają refleksji. Tym czasem większość ludzi ogranicza się do działań na poziomie biologicznym - przetrwać, przystosować się, odnieść sukces. Bycie na fali - zręczne operowanie Internetem na poziomie użytkowym (mierzone np. liczbą transakcji na Allegro), perfekcyjne opanowanie gadżetów (mierzone np. szybkością wpisywania SMS-a w telefonie), swobodne posługiwanie się technicznym żargonem - to są w potocznym odczuciu mierniki cywilizacyjnego sukcesu. Niestety brak w tym szerszego spojrzenia na rzeczywistość a brak refleksji dziś - może sprawić, że niepostrzeżenie obudzimy się w świecie gdzie wolność będzie pustym wyzutym ze znaczenia frazesem (powoli to właśnie się dzieje).

Mówiąc o wolności bardzo łatwo popaść w pustosłowie, czego najlepszym przykładem są persony zwane szumnie autorytetami, które robią sobie zebrania, na których sugerują jakoby w Polsce dziś nie było wolności (inicjatywy A. Kwaśniewskiego i L. Wałęsy - Warszawa 17.05, Kraków 26.05). Utytułowani ludzie ze środowisk akademickich nie mogą, czy raczej nie chcą, poprawnie zdefiniować pojęcia wolności tylko posługują się nim instrumentalnie dla doraźnych celów (nie mam tu bynajmniej na myśli naszych ex-prezydentów, którzy są tam raczej figurantami - Polska nie miała szczęścia do tej instytucji przed Lechem Kaczyńskim). Oto przykład wypowiedzi przedstawiciela tego gremium, rzecznika właśnie powołanego Ruchu na Rzecz Demokracji, profesora (a jakże!) Jana Kozłowskiego, wypowiedzi z punktu widzenia społeczeństwa informacyjnego kompromitującej go: "Nie czytam ani blogów, ani forów internetowych, ponieważ za dużo tam bluzgów, jak to określa młodzież. Na stronie naszego Ruchu też nie będzie forum, ale na pewno znajdzie się miejsce na dobrą publicystykę." Ta sama osoba w dalszym ciągu mówi o "śmiertelnym zagrożeniu demokracji" w Polsce. Środowisko to zagrożenia demokracji upatruje w tym, że nie udało im się (mimo kilku poważnych prób) doprowadzić do przewrotu przed upływem demokratycznej właśnie, 4-letniej kadencji parlamentu... Nie twierdzę, że te środowiskowe autorytety nie są świadome swoich manipulacji, wręcz przeciwnie - liczą po prostu, że ich głos jest na tyle nośny, iż znajdzie w społeczeństwie oddźwięk, a oni zrealizują swoje cele polityczne. Zapewne po części mają rację, naiwnych (tzw. pożytecznych idiotów) nie brakuje. Celem powyższego wywodu jest pokazanie, że na nic uczone definicje wolności - nie, nie jest tak, że nie potrafię sformułować takiej definicji bez pomocy owych "autorytetów". Chodzi o to, że stosują oni jeden z najbardziej podstępnych, podłych i nieobliczalnych sposobów walki o swoje interesy - ingerują w nasz język, pozbawiają słowa znaczeń, a co za tym idzie zabierają nam narzędzia myślenia. Nawet najważniejsze słowa stają się puste, wskutek ich destrukcyjnych działań na poziomie języka.

Z tej przyczyny - zamiast podawania pozbawionej znaczenia definicji - lepiej będzie oprzeć się na prostych, wyrazistych przykładach ilustrujących prawdziwe łamanie wolności. Co więcej - przykłady te pokażą nam, że geografia wolności jest bardziej skomplikowana, niżby się na pozór wydawało. Zacznijmy od naszych sąsiadów ze Wschodu. Na Białorusi w 2006 r. zorganizowano parodię wyborów prezydenckich. Kontrkandydaci Łukaszenki byli zastraszani, szykanowani przez władzę, a ludzie, którzy otwarcie przyznawali się do ich popierania po prostu byli brutalnie bici przez milicję lub tajniaków. Ostatecznie i tak sfałszowano wyniki podając, że na Łukaszenkę oddano 82% głosów. Dodajmy, że jest to kraj, w którym nadal zabrania się ludziom dostępu do tv satelitarnej, Internetu, wolnej informacji... W Rosji jest niby-demokracja z parlamentem, w którym głównym zajęciem partii rządzącej jest radosne wychwalanie panującego prezydenta Putina. Tym czasem na polecenie tego oficera KGB z dnia na dzień zamyka się ostatnie niezależne kanały tv i gazety. Metodą na przejęcie koncernu jest aresztowanie kierownictwa i zesłanie właściciela na długie lata do kolonii karnej - kopalni uranu (Michaił Chodorkowski). Opozycjonista o świetnie znanym na świecie nazwisku - Garij Kasparow - jest zatrzymywany na lotnisku przez milicję, aby nie mógł wziąć udziału w organizowanej przez siebie demonstracji (władza nawet nie stara się wymyślać dobrych pretekstów dla tych działań). Może najgorsze - zabija się niewygodnych dziennikarzy czy obywateli w kraju i poza nim, głośne przykłady z ostatnich miesięcy to oczywiście Anna Politkowska i Aleksander Litwinienko. Chciałbym wierzyć, że ci dzisiejsi jakże "odważni" nasi obrońcy demokracji tylko ze strachu siedzieli cicho za czasów PRL-u, gdy u nas działy się takie i jeszcze gorsze rzeczy... ale oni wtedy właśnie robili swoje kariery we współpracy z komunistyczną władzą lub w samej władzy. Najbardziej dobitne przykłady deptania wolności to oczywiście skanseny komunizmu: Korea Północna i Kuba - przez lata i w Polsce obowiązywała wykładnia, że to opływające w socjalistyczne szczęście i dostatek bratnie kraje. Dziś obywatele tych krajów to już jedni z ostatnich na świecie nieszczęśników doświadczających "wspaniałości" komunizmu. Nie ma tam mowy o opozycji, czy nawet wolnej wymianie poglądów. Wielki kraj gnębiący swoich obywateli to oczywiście Chiny - kraj, w którym opozycję traktuje się jako... surowiec do pozyskiwania organów, których sprzedaż jest źródłem nielegalnego dochodu dla ludzi związanych z władzą; kraj który uważa się za cywilizowany w dzisiejszych kategoriach, a w którym pod koniec XX w. armia przy użyciu czołgów zmasakrowała kilka tysięcy demonstrujących cywilów (masakra na placu Tiananmen w Pekinie 4.06.1989). Kraj, który dobrze przyjaźni się z korporacjami - Google, Yahoo, Microsoft - giganci z kapitalistycznego świecznika flirtują z KPCh filtrując usłużnie informację przepływającą przez Internet tak, aby Partia miała maksymalną kontrolę nad społeczeństwem. Jak na ironię są to firmy z kraju, który ma wolność wypisaną na sztandarach. Powinno to nas pozbawić wszelkich złudzeń, co do stosunku korporacji do wolności obywatelskich (i nie chodzi tu o fikcyjne zagrożenie, które RnRD kuriozalnie wieszczy w Polsce).

Problem z technologią jest taki, że rozwinęła się ona zbyt szybko. Świadomość całych społeczeństw nie dojrzała do pełnego zrozumienia korzyści i zagrożeń, jakie dał rozwój teleinformatyki. Rządzący, którzy są jakąś projekcją świadomości społecznej (niestety, ale na tym polega demokracja) też nie są całkiem na bieżąco (mam tu na myśli różne państwa - akurat w rządzącym u nas PiS jest grupa dobrze obeznana z tą tematyką). Korzystają na tym korporacje, które błyskawicznie rosną w siłę. Korzystają z perfekcyjnej znajomości teleinformacyjnego rynku i nowych reguł ekonomii, a przede wszystkim z możliwości forsowania prawa korzystnego dla siebie. Możliwość ta jest niezmiernie ułatwiona właśnie przez wspomniany brak świadomości w społeczeństwie i w demokratycznej władzy. Najlepszym przykładem jest odbywające się na naszych oczach forsowanie w wielu krajach z dużymi sukcesami prawa do patentowania algorytmów, które trzeba powstrzymać za wszelką cenę. Na razie korporacje jeszcze z pewną ostrożnością badają teren i sondują granice swojej władzy. Jeśli jednak nikt ich nie powstrzyma, to czeka nas rozwój najczarniejszych scenariuszy, w których demokratyczne instytucje pełnią fasadową rolę a władza praktycznie jest w rękach oligarchii z największych korporacji. Zagrożenie ze strony korporacji jest często eksponowanym motywem w twórczości sf, m.in. w filmach z tego gatunku (np. klasyczny "Obcy" Ridleya Scotta) - ironia tej sytuacji polega na tym, że branża filmowa też zamieniła się w silną, agresywnie broniącą swoich interesów, korporację (odpryskiem tej tendencji jest sprawa serwisu napisy.org).

Cóż... temat daleki od wyczerpania. Może jednak udało mi się kogoś zainspirować do przemyślenia tych, tak istotnych, spraw, a przede wszystkim do dystansu w stosunku do narzucanego nam sztucznego medialnego języka.

24.05.2007, 14:08:34

Przyczynek do wolności słowa w wirtualnym świecie

Wpis na 0. poziomie w kategorii Media.Społeczeństwo informacyjne.

Komentowanie wiadomości w portalach (takich jak WP, Onet, Gazeta) to popularne zajęcie, co widać po liczbie komentarzy. Komentarze są moderowane. Czyżby chodziło o uniknięcie wypowiedzi przesadnie agresywnych i wulgarnych lub zaśmiecających? Rozsądek sugeruje, że tak właśnie powinno być. Okazuje się jednak, że jest to światek rządzący się, a właściwie rządzony wg specyficznych reguł poprawności. Wysłanie komentarza poprawnego językowo, zgodnego z dobrymi obyczajami i nawiązującego do treści komentowanego artykułu nie gwarantuje wcale "sukcesu", czyli pokazania komentarza. Reguły te nie są nigdzie jawnie zapisane, ale można je odtworzyć sondując portal odpowiednimi testowymi komentarzami.

Z testu widać jasno, że popularne portale reprezentują ściśle określoną linię polityczną - zbieżną z resztą mainstreamowych mass mediów w Polsce i nie tylko, czyli z poparciem dla lewicy (co nie jest zaskoczeniem). Poparcie to realizowane jest inteligentnie. Tak na prawdę używa się przy tym tylko pewnej śladowej inteligencji, ale pozostanę już przy użyciu tego określenia. Polega to na tym, że zamieszcza się wypowiedzi potępiające dajmy na to Kwaśniewskiego, Geremka a chwalące np. PiS - pod warunkiem, że są sformułowane prymitywnym, chamskim językiem, z błędami ortograficznymi i generalnie świadczą o tym, iż piszący jest skrzyżowaniem dresa z moherowym beretem. Natomiast wypowiedzi o przeciwnej wymowie przepuszcza się, o ile wyglądają w miarę inteligentnie, zawierają jakiś udatny frazes, czyli takie, po których można od razu poznać inteligenta z awansu. Mile widziane są wypowiedzi generujące ruch w portalu (jednak to jest też biznes), czyli wsadzające kij w mrowisko, prowokujące innych do odpowiedzi i dyskusji. Jeżeli autor takiej prowokacyjnej wypowiedzi jest cyniczny, negujący wszelkie wartości, to jest to akceptowane. Czasem można przemycić pogląd odbiegający od nałożonych na moderatorów założeń, trzeba tylko choć trochę dopasować się do podanych reguł. Zasady moderowania mają na celu to, aby z masy komentarzy wyłaniał się pewien statystyczny obraz komentujących i ich poglądów. Dochodzi więc jeszcze dostrajanie ilości komentarzy za i przeciw zgodnie z przyjętym założeniem. Mamy więc do czynienia z metodami bardziej subtelnymi, niż za czasów ordynarnej komunistycznej cenzury, dobrze wpisującymi się w ogólny trend postępu technicznego i społecznego.

Jeśli ktoś prowadzi podobne badania w tym zakresie, to proszę o podzielenie się wynikami.

18.05.2007, 22:42:23

Punkt przegięcia. W sprawie wolności na elektronicznym pograniczu

Wpis na 0. poziomie w kategorii Społeczeństwo informacyjne.

Punkt przegięcia to niezwykle inspirujące pojęcie matematyczne. O ile bardziej finezyjny jest punkt przegięcia od banalnego ekstremum! Ekstremum wyznaczone jest przez miejsce zerowe pierwszej pochodnej, widać je na pierwszy rzut oka, jest - trzeba to przyznać - bardzo komunikatywne, ale jego oczywistość jest zniechęcająca dla intelektu pragnącego bardziej wyrafinowanych wrażeń. Co innego punkt przegięcia! Wyznaczony jest przez drugą pochodną, lokalnie jest wręcz niezauważalny, gdyż z lokalnego punktu widzenia jest on prostą. Dopiero z pewnego oddalenia - początkowo bardzo nieznacznie - daje się zauważyć, że coś zaczyna się dziać, że nastąpiła zmiana trendu. Daleko jeszcze do wystąpienia kolejnego ekstremum, ogółowi wydaje się, że wszystko jest po staremu, ale my wiemy, że punkt przegięcia już przesądził sprawę. Od tego momentu wystąpienie ekstremum jest już tylko kwestią czasu.

Piękno przyrody w swojej najgłębszej istocie polega na nieustannych zmianach przy zachowaniu życia jako takiego. Jest to stan równowagi dynamicznej. Na każdym poziomie - od wirusów do ekosystemów - są sukcesy i porażki, a im bardziej bujnie kwitnie życie, tym więcej jest - idącej krok w krok z życiem - śmierci. Z filozoficznego punktu widzenia zmartwienie wywołane porażką lub śmiercią jest zupełnie nie na miejscu. Tylko entropia może budzić prawdziwy niepokój. Pochodną życia biologicznego jest ludzka cywilizacja. Bez wątpienia odwzorowuje ona całą tę biologiczną skotłowaną, ścierającą się różnorodność. Dzika walka często zastępowana jest rozbudowaną argumentacją osadzoną w tysiącleciach myśli ludzkiej, wyposażoną w ostrze logiki, taran retoryki, labirynt faktów, kłamstw i przeinaczeń. W świetle naszych pojęć dobro walczy ze złem, porządek z chaosem, splata się Yin i Yang. Nie sugeruję bynajmniej, żeby nabrać do tego świata dystansu i obserwować go wyłącznie z pozycji godnej filozofa. To właśnie byłaby entropia. Poza tym byłoby to, jakby nie patrzeć, dość pretensjonalne - zdecydowanie nie w moim stylu. Uważam wręcz, że człowiek, który nie potrafi gorąco zaangażować się w jakąś sprawę, jasno opowiedzieć się po jednej albo drugiej stronie sporu - nie jest w pełni człowiekiem. To znaczy wydaje mu się, że wszystko jest w porządku, ale nie doświadcza tego ognia, w który wyposażyła nas jeszcze dzika przyroda. Nie spala się, ale i nie świeci.

Wspaniałym przykładem zamętu nurtującego naszą cywilizację jest sprawa tzw. praw autorskich, ochrony własności intelektualnej. Dziedzina, w której doszło do kompletnego pomieszania pojęć, wypaczenia szczytnych idei, instrumentalnego traktowania prawa (zwłaszcza w kontekście istoty prawa i pochodzenia norm prawnych). Dziedzina, w której mamy walkę w dość czystej postaci. Po jednej stronie korporacje wyposażone w środki przymusu (za pośrednictwem usłużnej władzy) i narzędzia do forsowania niemal dowolnego, wygodnego dla siebie prawa. Po drugiej stronie masy, które już dawno demokratycznie (niemal jednogłośnie) opowiedziały się po stronie wolnego dostępu do informacji. Sprawa pokazuje dobitnie, jaką iluzją są tak zwane demokratyczne rządy. Zauważmy, że władza będzie zastraszać społeczeństwo w imieniu korporacji niezależnie od tego, czy wybrana zostanie ta czy inna partia, czy wygra orientacja prawicowa czy też lewicowa, konserwatywna czy też liberalna. Moim cichym marzeniem jest, aby szeroko komentowana sprawa zupełnie nieuzasadnionych szykan, jakie spotykają ostatnio polską społeczność związaną z wymianą informacji, stała się punktem przegięcia. Czynnikiem, który w sposób początkowo niewidoczny skonsoliduje społeczeństwo przeciwko korporacjom zaślepionym w żądzy powiększania zysku. Dzisiejsze dzienniki nie poświęciły nawet wzmianki sprawie portalu napisy.org (możliwe, że jutro to się zmieni), ale nasza społeczność została mocno poruszona. Na pewno nie wygramy od razu, ale dążenie do rewolucji w tym zakresie jest konieczne.

Sprawa wymaga szerszego opisu, a to z kolei wymagałoby dłuższej analizy, chwilowo nie mam na to czasu. Z pobieżnego przejrzenia komentarzy w sprawie portalu napisy.org, widzę w nich jedno powszechne nieporozumienie. Poza nielicznymi przypadkami, większość - zupełnie niesłusznie - upatruje związków tego zdarzenia ze sprawowaniem władzy przez PiS. Należy zauważyć, że PiS - jako jedyny spośród poważnych graczy politycznych - jest odległy od interesów korporacji, wręcz jest z nimi skonfliktowany, co zresztą powszechnie jest komentowane jako wada tej partii. Nie można przypisywać PiS-owi jednocześnie konfliktów z korporacjami i działań w ich imieniu - to nielogiczne. Ten konflikt z korporacjami występuje rzeczywiście, a wynika z tego, że jedynie środowisko tej partii pragnie walczyć z tym rakiem drążącym Polską gospodarkę. Na prawdę łatwo byłoby im pogodzić się z korporacjami, prasą, tv i jeszcze zebrać śmietankę niemałych korzyści materialnych od wdzięcznej finansowej oligarchii, a jednak tego nie robią. Jak łatwa jest druga droga, pokazuje choćby pierwszy z brzegu przykład, czyli "magister" Kwaśniewski - aktywny polski polityk, który bierze miliony od szemranego ukraińskiego biznesmena. W tym czasie, który teraz mamy, łatwo jest krytykować władzę i wbrew mniemaniu podnieconych domorosłych krytyków, nie wymaga to żadnej odwagi (gdyby wymagało odwagi, to by nie krytykowali). Obawiam się jednak, że po powrocie bardziej prokorporacyjnych stronnictw do władzy, działania przeciwko społeczności internetowej mogą zostać jedynie zintensyfikowane. W imię słusznej sprawy wolności w Internecie sugerowałbym zastanowienie się nad swoimi poglądami. Aby poniewczasie nie zasłużyć na niezbyt chlubne miano "mądrego po szkodzie".

kwantowekrajobrazy is proudly powered by Jogger | RSS | Design by Ian Main, ported by Patryk Zawadzki.